Ach, ci niedobrzy pracownicy – kobiety…

Jakiś czas temu słuchałam w radiowej Trójce audycji „Za, a nawet przeciw” o ciekawej tematyce (zresztą, moim zdaniem, większość tematów tej audycji jest inspirująca), poruszającej problem zatrudniania kobiet i ich równouprawnienia w stosunku do pracowników-mężczyzn.
Opinie dzwoniących słuchaczy były jak zwykle różnorodne – na szczęście, ponieważ to zawsze daje możliwość spojrzenia na daną kwestię z różnych punktów widzenia. Z większością opinii byłam w stanie się zgodzić, do momentu gdy usłyszałam zdanie pewnego przedsiębiorcy, po głosie sądząc – pana w średnim wieku, prawdopodobnie właściciela małej firmy. Ten pan wypowiedział się prosto: „po co mam zatrudniać kobiety, skoro fakt jest taki, że to właśnie one chodzą na zwolnienia w związku z chorobami dzieci oraz ciążą”. Spodobała mi się reakcja prowadzącego audycję, który przytomnie zwrócił uwagę pana na fakt, że jakoś tak się „utarło” w naszym społeczeństwie, że w większości przypadków to kobiety zostają w domu z dziećmi podczas ich choroby (być może ze względu na więcej cierpliwości do chorego malucha), wyręczając w tym obowiązku mężczyzn. Druga sprawa jest niepodważalna – póki co, to kobiety zachodzą w ciążę i rodzą dzieci.
Zawsze, gdy słyszę argument, że nie opłaca się komuś zatrudniać kobiety, ponieważ można spodziewać się, że będzie chciała mieć dziecko / dzieci, myślę sobie: „a gdyby to była Pana / Pani matka?” (i znowu zużywam cytat z klasyki gatunku polskiego kina, ale jest on uniwersalny w przypadku obserwacji z zakresu macierzyństwa :-). Albo jeszcze bliżej – „gdyby to Pana żona” usłyszała taki argument od pracodawcy, czy nie wpłynęłoby to na Pana poglądy w tej kwestii?
Dlaczego nie można myśleć o macierzyństwie w kategoriach rozwoju przyszłego rynku pracy oraz naszego kraju? Po raz kolejny okazuje się, że łatwiej jest epatować danym zjawiskiem jako zagrożeniem, a nie traktować go jako szansę…