Przemyślenie „okołoobiednie”

Przygotowanie dzisiejszego obiadu zainspirowało mnie do tematu aktualnego wpisu. Przyszła mi do głowy myśl, z której zdałam sobie sprawę całkiem niedawno (biorąc pod uwagę moje lekko ponad 30 lat życia).
Chodzi o tak codzienną rzecz, jak gotowanie, ale rozpatrywane w swego rodzaju aspekcie psychologicznym…
Biorąc pod lupę moje podejście do gotowania stwierdzam, że nawet w tak codziennej części życia rzeczywiście ważną rolę w życiu człowieka pełnią wzorce, zaobserwowane przez niego w domu na co dzień. Nie chodzi mi o „inwigilację” i przekazywanie ideologii, ale o to, co dziecko obserwuje i jak później nieświadomie wpływa to na jego podejście do określonych życiowych kwestii.
Wracając do gotowania na moim przykładzie – wyniosłam z domu (wzorując się na mojej mamie, która ciągle to powtarzała) przekonanie, że gotowanie jest pewnym niezbędnym do życia obowiązkiem. Trudno się więc dziwić, że mieszkając z rodzicami, nie byłam zainteresowana pomaganiem we wspólnym gotowaniu – można powiedzieć, że prostu zostawiałam tę kwestię do rozwiązania rodzicom i babci (w przeciwieństwie do młodszej siostry, która garnęła się do pomocy).
Funkcjonując w samodzielnym życiu, przyjęłam podstawowe założenie, że aby przeżyć muszę bądź przygotować sobie posiłek sama (mam tu na myśli dania obiadowe) bądź udać się do knajpy (opcja mniej korzystna ze względów finansowych – szczególnie, jeśli w grę wchodziło miejsce bardziej wysublimowane niż bar mleczny). Gotowałam głównie w weekendy i ograniczało się to do pewnego zestawu sprawdzonych jednego dania, szybkiego do wykonania. Przyrządzenie potrawy mięsnej z gatunku: gulasz, kotlet schabowy czy zupa typu krupnik lub ogórkowa jawiło mi się wówczas jako coś, wymagającego wielkiej wprawy i kunsztu kulinarnego. Nie celebrowałam gotowania i spożywania posiłku – wyznawałam zasadę, że dla siebie samej tym bardziej nie „opłaca” mi się przesadnie starać (swoją drogą: ciekawe podejście – czemu dla siebie samej nie, a tylko dla innych?)
Nie skupiałam się specjalnie nad swoim nastawieniem do umiejętności kulinarnych i kuchni, aż do czasu, gdy związałam się z moim mężem. W zasadzie to on uświadomił mi, że gotowanie nie jest uciążliwe i sprawia przyjemność. Początki zmiany myślenia i nastawienia do gotowania nie były łatwe – głównie dlatego, że sama wpędzałam się w kompleksy, patrząc jak sprawnie radzi sobie mój partner ze składnikami, przepisami i że nie idzie na łatwiznę (podobnie, jak w większości życiowych spraw). Przede wszystkim jednak podziwiałam to, że po prostu ciekawi go przyrządzanie nowych potraw, chętnie poznaje nowe smaki, delektuje się możliwością wyboru dań w restauracji. Na początku wydawało mi się to trochę pretensjonalne – szczególnie, że większość mężczyzn raczej nie przywiązuje zbytniej wagi do pewnej „otoczki” kulinarnej, czyli nastroju, miejsca i jego aranżacji. Zabawne – teraz przypomniało mi się, jak rozeźliła mnie pewna sytuacja podczas wyjazdu wakacyjnego (na którym nie byliśmy jeszcze parą). Potwornie głodni czekaliśmy na miejsce w knajpie, którą on wybrał, ponieważ była polecana przez przewodnik Lonely Planet. Czekaliśmy około 45 minut – dla mnie ta sytuacja była zupełnie niezrozumiała, ponieważ sama poszukałabym miejsca w innej restauracji. On uważał jednak, że warto będzie czekać, aby dobrze zjeść (oczywiście, miał rację i przyznaliśmy mu ją ze znajomymi).
Puenta tego wpisu jest taka, że postanowiłam zwracać uwagę sobie, a poprzez to swoim dzieciom na „kwestie kuchenne” – zarówno, jeśli chodzi o przyrządzanie, jak i smakowanie potraw. Moim marzeniem jest aby traktowały gotowanie nie jako obowiązek, ale jako naturalną część życia, którą można się bawić i doceniać i która zależy tylko od naszego nastawienia (jak większość sytuacji w życiu).
A teraz zjedzcie coś smacznego w miłym towarzystwie i cieszcie się tym, że możemy odczuwać wszystko różnymi zmysłami!