Włoska Mamma patrzy, czyli ja jako wyrodna matka (wprowadzenie do historii)

Dawno, dawno temu oglądałam w TVN pierwszą edycję kultowego wówczas reality show Big Brother. Dziwne, że żadna stacja nie wpadła na pomysł emisji nowego programu pt. Wielka Mama Patrzy.

Trzeba nam bowiem wiedzieć, drogie mamy, że zawsze jesteśmy pod obserwacją, szczególnie innych mam.

Czemu akurat taka myśl przyszła mi do głowy?
Niedawno moja przyjaciółka, żona Włocha (pozdrowienia, Gosiu!), udostępniając mi swój album ze zdjęciami z Piemontu wywołała wspomnienia zeszłorocznego wspólnego pobytu w tym sielskim winnym regionie. Przypomniała mi się historia, której nieświadomą bohaterką stałam się z racji swojego „niemaminego” zachowania. Zostałam bardzo surowo oceniona jako prawie „wyrodna matka”, a na pewno dziwna kobieta…:-)
A było to tak…

Do Naszych Przyjaciół do Piemontu wybraliśmy się między innymi ze względu na święto wina i jedzenia, które odbywa się w ostatni weekend sierpnia w małej miejscowości (ponieważ tamże właśnie stacjonowali Nasi Przyjaciele, którzy udzielili schronienia naszej trójce). Nie będę ukrywać (bo to jest istotne dla dalszej opowieści), że niekwestionowanym decydentem w tej sprawie był mój mąż, który zapragnął uczestniczyć w owej uczcie smakoszy wina i włoskiej kuchni. „Mangialonga” (bo tak to święto się nazywa) rozpoczyna się przed południem i trwa aż do wieczora. Podczas tych kilku godzin uczestnicy przemierzają wyznaczoną trasę, wędrując niczym pielgrzymi od gospodarstwa do gospodarstwa, od domu do domu, wesoło pobrzękując kieliszkami do wina zawieszonymi na szyjach. Oczywiście, wszystko odbywa się przy akompaniamencie śpiewów, śmiechów i żartów z tych, którzy wypili nieco za dużo, jak na upalną pogodę, oczywiście. 🙂
Ponieważ był z nami nasz niespełna 2-letni wówczas synek, jasnym było, że nie mogliśmy oboje oddawać się degustacji wina i smakołyków, przygotowanych na tę okazję. Decyzja zapadła w sumie jednogłośnie – mąż zadebiutuje w roli „Polak na Mangialonga”, a ja zajmę się w tym czasie naszym dzieckiem (na szczęście, miałam towarzyszkę w postaci Gosi z jeszcze mniejszym dzieciątkiem).

„Mangialonga” wedle relacji mojego męża była wspaniała, ale nie w tym rzecz. Istotne jest to, co miało miejsce następnego dnia.
Ha! Wbrew waszym przewidywaniom nie był to kac ani nic takiego. Większość towarzystwa, które zjechało do Naszych Przyjaciół była tak zachwycona, że przedłużyła pobyt o kolejny dzień, dzwoniąc do pracodawców i informując ich o fakcie nieprzybycia do pracy następnego dnia (Włosi umieją korzystać z życia, czy u nas byłoby to do pomyślenia?). Tego dnia, kiedy wszyscy zgodnie zdecydowali przedłużyć pobyt, mieliśmy udać się na degustację wina w Barolo i tam też wydarzyła się ta historyjka.
Żeby nie przedłużać wątku, zakończenie historii zamieszczę w następnym wpisie…:-)