Włoska Mamma, czyli ciąg dalszy historii o wyrodnej matce…

Wracając do tematu, zaczętego w poprzednim wpisie (kto nie czytał, niech się zapozna, aby wiedział o czym jest ta historia 🙂

Jak już wspomniałam, następnego dnia po Mangialonga znajomi Naszych Przyjaciół zdecydowali, że udamy się na degustację wina do winiarni w miejscowości Barbaresco. Miejsce jest urocze, nosi nazwę Casa Boffa i widać z niego dolinę rzeki Tanaro, wijącej się zakolami wśród winnic, położonych na pobliskich wzgórzach (jeśli chcecie wiedzieć, jak to wygląda, poniżej zdjęcia, wykonane z tarasu winiarni).

Dolina rzeki Tanaro – Barbaresco

Dotarłszy na miejsce, nasza 8-osobowa grupka zajęła stolik na tarasie, z którego rozciągały się powyższe widoki. Wkrótce pojawiła się tytułowa Włoska Mamma, czyli Pani Właścicielka, zaznajomiona już z naszymi włoskimi przyjaciółmi z racji ich corocznych wizyt w owym miejscu. Znawcy tematu porozmawiali chwilę z przybyłą, uzgadniając między sobą, jakie trunki będą smakowane i oceniane tego słonecznego popołudnia. Pani oddaliła się w celu przygotowania degustacji wina.

Wkrótce na naszym stoliku pojawiły się kieliszki wraz z typowymi przekąskami (paluszki torinessi, szynka parmeńska, oliwki itp.) i atmosfera od razu się ożywiła, choć upalny dzień powodował ogólne zmęczenie i osłabienie organizmów uczestników tej winnej biesiady. Było to o tyle istotne, że że 90% grupy była po degustacji większej ilości wina poprzedniego dnia.

Ponieważ nie mogłam oddać się uciechom Mangialonga, jasne było, iż teraz wypadła moja kolej na picie wina. Mąż nawet szczególnie nie oponował, chyba chciał zrobić sobie pauzę w spożywaniu tego trunku.
Jako człowiek odpowiedzialny bez mrugnięcia okiem przejął opiekę nad naszym prawie dwuletnim wówczas smykiem, więc mój mózg zupełnie wyłączył się z funkcji „mama pilnująca dziecka”. Siedziałam, śmiałam się, pijąc wino, zakąszając przystawkami i rozmawiając na tematy lekkie i przyjemne.

Nasz syn był bardzo rozradowany, bo miał dużo miejsca do biegania. Jego energii nie umniejszył nawet upał. Jego ulubionym zajęciem było dobieganie do samej bramy, która prowadziła na mało ruchliwą uliczkę, co nieuchronnie kończyło się sprintem w wykonaniu męża w celu pochwycenia małego odźwiernego. Syn wdrapywał się także na metalowe schody, prowadzące do pokoi na piętrze (Casa Boffa oferuje także bardzo ładne pokoje noclegowe), na co zareagowała Pani Właścicielka, zastawiając schody parą krzeseł.

Gdyby ktoś przyglądał się naszej rodzinie z zewnątrz, sytuacja wyglądała następująco: ja rozparta wygodnie na krzesełku z kieliszkiem wina, a mąż z oczami dokoła głowy, podnoszący się średnio co 2 minuty, aby odciągnąć naszego szkraba od jakiegoś mało bezpiecznego miejsca.

Jak się okazało, Pani Mamma-Właścicielka nie omieszkała zauważyć i skomentować tego „niemaminego” zachowania lekkomyślnej kobiety z Polski.
Już wcześniej miałam wrażenie, że harce mojego syna bardziej stresują ją niż nas – rodziców.

W którymś momencie Włoska Mamma nie wytrzymała i „wypaliła” do męża mojej przyjaciółki, że to niewyobrażalne, aby matka była tak nieuważna, lekkomyślna i żeby ojciec musiał zajmować się dzieckiem podczas, gdy mamusię interesuje jedynie kieliszek z winem. W tym regionie Włoch taka postawa matki jest nie do pomyślenia.

Na szczęście o tym komentarzu dowiedziałam się już po wizycie w tym przemiłym miejscu, bo nie wiem, czy nie zburzyłabym tej sielskiej i miłej atmosfery innym, bardziej dosadnym komentarzem pod adresem Włoskiej Mammy…
A poniżej jeszcze moje zdjęcie z kieliszkiem wina – oczywiście, wcale nie czuję się winna :-).

P.S. Samo miejsce polecam – widok o poranku z pokoju musi być wspaniały!

  • Wiesz, czasem nie trzeba jechać do Włoch, żeby zostać tak odebranym (wiem coś o tym:))
    ps. Zdjęcia cudne 🙂 (Absolutnie wszystkie, a Ty jak zawsze kwitnąca!)

  • Tak, masz rację, choć mnie się to przydarzyło tylko we Włoszech – na razie 🙂 A masz podobną historię do opowiedzenia? Może będziesz chciała się podzielić?