Pierwsza wizyta w zoo, czyli opowiadanie przedszkolaka.

W sobotę rodzice postanowili zabrać mnie do zoo, żebym – jak oświadczyła mi mama – mógł obejrzeć na żywo zwierzątka, które dotychczas widziałem jedynie w książeczkach. Mama już od samego rana żyła tym faktem i opowiadała mi, co – a raczej kogo – możemy znaleźć w ogrodzie zoologicznym. Skupiłem się głównie na słoniu, bo rodzicielka powtarzała mi jak mantrę, że będziemy szukać jego wielkich uszu i długiej trąby.
Do zoo wyruszyliśmy po mojej drzemce i obiedzie, na który ledwo spojrzałem (kto by chciał coś jeść od razu po popołudniowym spaniu?). W drodze rodzice motywowali mnie i nastawiali pozytywnie, zapewniając co chwila, jak fajnie będzie zobaczyć różne zwierzaki.
Jak się okazało po wejściu do zoo, mama do tej pory sama nie była w tym miejscu, do czego przyznała się znajomym, myśląc, iż tego nie słyszę. W związku z tym nie wiem, skąd wynikało jej przekonanie, że będzie tu fajnie. Co więcej, ten przykry fakt rzuca cień niepewności na prawdziwość przyszłych zachęt, artykułowanych przez mamę.
W zoo najważniejsze były lody – moja ulubiona potrawa tego lata. Wręczyła mi je ciocia, która była częścią naszej wycieczki. Niestety, mama ograniczyła ilość gałek do jednej, choć ciocia miała ochotę zafundować mi co najmniej dwie. Zabrałem się ochoczo do konsumpcji, siedząc w wózku i pilnując, aby nikt niepowołany nie uszczknął mi ani odrobiny przysmaku (wiem, co mówię – rodzice czasem miewają takie zakusy). Stwierdziłem, że muszę skupić się na degustacji i że w związku z tym nie będę tracił sił na chodzenie. A co, niech wujek pcha wózek, skoro mnie zaprosił do zoo!
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wszyscy starali się nakłonić mnie do rozglądania się wkoło, skoro musiałem uważać na lody (przecież rodzice zawsze mówią, abym uważał, bo się roztopią). Zawracali mi głowę jakimiś małpkami, ptaszkami, kózkami, które skakały, biegały lub wydawały z siebie różne wrzaski. Moje zainteresowanie wzbudził jedynie nosorożec, bo było go dobrze widać i nie ruszał się zbyt szybko, poza tym nie hałasował.
Ciocia uspokoiła zmartwionych rodziców, że dzieci tak mają i że gdy pracowała jako przedszkolanka, pierwsze pytanie, jakie zadawały dzieci po wejściu do zoo, brzmiało „gdzie jest plac zabaw?”. Ha, nie odstaję w tej kwestii od rówieśników, ponieważ także zapytałem o to tatę po przekroczeniu bramy zoo.
Zresztą nawet sami rodzice nie wykazywali zainteresowania zwierzętami. Podzielili się na podgrupy i plotkowali, pchając oba wózki (mój i brata).
Po spałaszowaniu lodów, postanowiłem nieco odciążyć starszyznę, przejmując prowadzenie swojego pojazdu. Na szczęście trafiliśmy na fajne przejście nad jeziorkiem, gdzie można było zabawić się w  manewrowanie w tunelu zieleni. Zrobiliśmy parę okrążeń, ale wszystkim – oprócz mnie – wkrótce się znudziło i nawoływali do pójścia dalej. Nie podzielałem ich entuzjazmu, co jak zwykle zakończyło się  niesprawiedliwie – musiałem podążyć śladem reszty grupy, wylewając przedtem morze łez i złoszcząc się na moich kompanów. Chyba zapomnieli, dla kogo zorganizowali tę wycieczkę do zoo…
Na szczęście było i pozytywne zakończenie tego wieczoru – ciasto i możliwość uruchamiania wieży z płytą za pomocą prawdziwego pilota! Mają szczęście ci moi rodzice! Choć i tak wystarczyłoby mi to zamiast wypadu do zoo…
P.S. Rodzice stwierdzili, że spróbujemy zwiedzać zoo za rok, bo może wtedy będę bardziej zainteresowany…Być może, kto to może wiedzieć?

Facebook Comments

2 komentarze

  • Skąd wiesz, może Twoje dzieci zareagują inaczej? Myślę, że w przypadku naszego syna błędem było sprezentowanie mu lodów już na samym początku wizyty – to skutecznie odciągnęło go od rozglądania się wokoło. Był skupiony tylko na jedzeniu lodów. 🙂

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!