Przedszkolak na medal.

Od 8 listopada dzielimy dom z nie byle kim, bo z pasowanym na przedszkolaka brzdącem. Ha, tak się sprawy mają!
Dla rodziców taka uroczystość to duże przeżycie, ale dla dzieci zapewne po stokroć większe. Widać to było po tych nielicznych dzieciach, które weszły do sali z zapuchniętymi od płaczu oczami lub zaczęły płakać przed rozpoczęciem uroczystości. Pocieszające, że była ich dwójka, może trójka, więc naprawdę niewiele.
Mój syn przez większość czasu miał minę pt. „Co tu się dzieje i czego oni ode mnie chcą?”. Na początku był tak zdziwiony, że nie recytował ani nie śpiewał, co zdarzało mu się wcześniej w domu, przy okazji swobodnej zabawy. W momencie, w którym zobaczył mnie gdzieś na końcu tłumu rodziców, bardzo się ucieszył i chyba ta moja obecność nadała jakiś sens całemu wydarzeniu. Wyglądało to tak, jakby odzyskał jakąś równowagę wewnętrzną. Nawet zaczął się trochę angażować w wykonanie piosenki z gestykulowaniem.
Największą atrakcją całej uroczystości był prezent w postaci lizaka. Właśnie ten lizak, a nie broszka czy dyplom, spowodowały „bananowy” uśmiech na twarzy mojego dziecka. Zresztą, jego reakcja nie była odosobniona. Słodka nagroda za trudy „wykonu” podziałała na większość małych artystów, niezależnie od ich wkładu w to wydarzenie.
Patrzyłam na przedstawienie i starałam się wyobrazić sobie, co może czuć w tym momencie moje dziecko. Teraz też się staram i dlatego spróbuję opowiedzieć wam o tym tak, jakby to on relacjonował całą sytuację. Jeśli dobrnęliście do tego miejsca, macie czas i ochotę, czytajcie. 🙂
*********************************
Nie było mnie w przedszkolu zaledwie 2 tygodnie, a tu taka granda! Co się tu dzieje od samego rana? Od wczoraj Mama i Tata ciągle mówią mi o jakimś pasowaniu na przedszkolaka. Przecież ja już jestem przedszkolakiem. Co to za pasowanie? Czy ma coś wspólnego z paskiem? 
Widzę, że szykuje się niezłe zamieszanie! Jest jakoś inaczej dzisiaj. Hej, czemu nasza Pani nakłada mi inne ubranie? Mam założyć nowe spodnie z paskiem (może o to właśnie chodzi w pasowaniu?), białą koszulę (hej, tej jeszcze nigdy jeszcze nie nosiłem). No nic, zobaczę, co z tego będzie. 
Co to? Nagle wychodzimy z sali i idziemy na górę? Wszyscy musimy trzymać się sznurka, żeby się nie zgubić. Strasznie śmiesznie jest poruszać się jak jakaś stonoga. Ufff, dotarliśmy, choć nie było łatwo trzymać się w szeregu. A co to za widownia? Przyszło mnóstwo ludzi, których nie znam. Siedzą na ławkach z aparatami i wpatrują się w nas z wielkim zainteresowaniem. Co tu się będzie działo? 
Aha, Pani coś mówi. Hmmm…nie rozumiem tej piosenki, co to za język? Aaaa, to chyba ten angielski, na który nie chciałem chodzić. Co ja poradzę, że akurat w czasie angielskiego chce mi się spać. W końcu to po obiedzie i nie przekonuje mnie tłumaczenie, że będzie fajnie i tylko 10 minut. Powiedziałem Pani jasno, że idę spać i od tego czasu już nie muszę chodzić na zajęcia. Niech inni śpiewają, dobrze im idzie.
No, teraz Pani gra coś, co znam. Jak to leciało? Nie pamiętam dokładnie, za mało ćwiczyłem. Zresztą, innym wychodzi to lepiej, po co mam się męczyć. Lepiej się wyluzuję. Dobrze, że spodnie mają kieszenie. Ręka w kieszeni to chyba nie będzie nic niegrzecznego, prawda? (wkłada rękę do kieszeni i tak stoi, kręcąc się na boki) Poza tym muszę podciągnąć spodnie, bo pasek ich nie trzyma.(podciąga spodnie)
O! Mama! Proszę pani, tam jest moja Mama! (pokazuje palcem). Mamo, tu jestem! O, Mama macha do mnie i się śmieje. Ma też aparat, ale to nic dziwnego – wszyscy ciągle tutaj pstrykają zdjęcia.
Jaki teraz jest punkt programu? Aaaa, nasz wierszyk – przysięga. Pamiętam, że było tam coś o słuchaniu pani, nie uderzaniu innych, nie pluciu. Nie chcę poplątać takiej ważnej przysięgi. Lepiej posłucham i przytaknę. I tak jestem z wami sercem. Gdyby to było liczenie, na pewno bym się bardziej przydał. Chętnie policzyłbym teraz do 30. A może nawet do 100?
Zaraz, zaraz – czemu Pani Dyrektor wyjmuje jakąś wielką kredkę i zamachuje się na mnie? Ojej! Stuknęła mnie w ramię i powiedziała coś o pasowaniu. To tak to wygląda? Już po wszystkim? A, nie – dostałem do ręki jakąś książeczkę z okropnym ptaszyskiem w okularach. Na szczęście Pani wręczyła mi też lizaka – złagodzi ból estetyczny, wywołany przez ten dziwny obraz.
O, a teraz wszyscy biją nam brawo. Już rozumiem, po co oni tu przyszli.
I co, znowu musimy robić stonogę? No nie, tego już za wiele. Tyle dzisiaj przeszliśmy, a tu jeszcze czeka nas droga powrotna w szeregu. 
Na szczęście przyszła już Mama i mój mały Braciszek. Chyba im się podobało. Mnie też, bo jeszcze został mi spory kawałek lizaka do zjedzenia. Mamo, to jak – ubieramy się i jedziemy do domu, jak co dzień? No, dobrze, nie ja co dzień, skoro Ty mówisz, że dzisiaj jest specjalny dzień…Po prostu chodźmy już do domu.

Facebook Comments

8 komentarzy

  • Magdaleno – cieszę się, że Ci się podobał ten opis. Założyłam, że dziecko patrzy na to wszystko z przymrużeniem oka, a nie śmiertelnie poważnie. To chyba takie moje pobożne życzenie, żeby syn miał pewien dystans do siebie i świata. 🙂

  • Anonimowy – myślę, że dobrze byłoby, gdyby jak najwięcej dorosłych reagowało tak, jak piszesz, czyli zadawało sobie jak najwięcej pytań i dawało na nie swoje odpowiedzi. Chyba zbyt rzadko zastanawiamy się nad tym, co dzieje się w głowie dziecka…

  • No właśnie. Tylko co z tej "ważnej” ceremonii pozostaje w naszej pamięci po latach? Nic. Zastanawiam się czy to nie jest „przedstawienie” dla nas, rodziców. Abyśmy mogli przez chwilę wrócić do tamtych beztroskich chwil. A dzieci, cóż one chcą tylko zjeść tego lizaka i wrócić do swoich ważnych zajęć: zabawy klocami i malowania. Czy tego wszystko nie robią dla nas? Skoro mama mnie ubrała tak elegancko, skoro Pani w przedszkolu od kilku dni o niczym innym nie mówi, to ja już mogę tu postać z innymi. To musi być dla nich bardzo ważne.
    ALB

  • Bedbug – myślę, że jest to większe przeżycie dla rodziców niż dla dzieci. Pół biedy, jeśli rodzice mają do tego dystans i nie traktują tej ceremonii śmiertelnie poważnie (np. nie zrugają potem dziecka, że nie recytowało wiersza czy nie śpiewało piosenki). Myślę, że przelewanie własnych ambicji na dzieci jest generalnie niezdrowe. Dla przykładu: wczoraj przyjaciel streszczał nam sytuację z meczu piłkarskiego dzieci, w której dwie mamy prawie się pobiły dlatego, że jedna zwróciła uwagę dziecku drugiej. Jeśli takie wzorce "sprzedajemy" dzieciom, to czemu potem się dziwimy, że nie ma w nich ducha współpracy, tylko rywalizacji…Ale to temat na inny wpis.

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!