Mój dzień, dzień mamy…

Skończyłam dzisiaj czytać ” Złą matkę”. Nie wiem, dlaczego – chyba po wywiadzie z Ayelet Waldman w „Wysokich Obcasach” – spodziewałam się chronologicznie uporządkowanej książki w rodzaju pamiętnika z okresu macierzyństwa. Tymczasem „Złą Matkę” określiłabym jako zbiór felietonów, zebranych w 18  rozdziałów poświęconych różnej tematyce, ułożonych według klucza autorki (dlaczego akurat 18 – dowiecie się z książki…).
Lekturę czytam z zainteresowaniem, ponieważ wiele kwestii odczuwam podobnie jak amerykańska pisarka –  mimo, że nie jestem żydowską matką (ten aspekt macierzyństwa Ayelet Waldman podkreśla na każdym kroku ).
Moją uwagę przykuł szczególnie rozdział, poświęcony rzadko poruszanemu aspektowi macierzyństwa – temu, że rodzeństwo może pamiętać tę samą matkę jako zupełnie różną osobę. Dla każdego z czworga dzieci pisarka była inną matką, inną osobowością. Zmieniały się jej życiowe priorytety, cele i poglądy, a przede wszystkim jej własne pojmowanie roli matki w życiu każdego z dzieci.
Mnie też naszła taka myśl, choć w bardzo konkretnym aspekcie – bycia panią swojego wolnego czasu.
Kiedyś byłam silnie skoncentrowana na sobie i swoich potrzebach. Bardzo ceniłam sobie swój święty spokój. Kiedy siedziałam na kanapie i czytałam gazetę, gotowa byłam utłuc każdego, kto z premedytacją lub nieświadomie wkradnie się w mój, przeznaczony wyłącznie dla siebie samej, czas. Myślę, że moi bliscy mieli czasami okazję tego boleśnie doświadczyć. Notabene, teraz dziwię się, że jeszcze parę lat temu poświęcałam tyle cennego czasu na czytanie „od deski do deski” czegoś tak ulotnego i jednodniowego, jak gazeta…
To było jeszcze przed tym, kiedy zostałam mamą..
Wiecie, co było największym zaskoczeniem dla mnie jako świeżo upieczonej mamy? Nie nowe obowiązki typu podcieranie pupy czy karmienie – to było do przewidzenia. Nie sądziłam jednak, że moje potrzeby zejdą na totalny boczny tor. Wszystko kręciło się wokół pierworodnego – spokojnego, słodkiego chłopca, który jednak odebrał mi coś, co do momentu jego urodzin było dla mnie bardzo cenne – czas, synonim własnej wolności. Walczyłam o to nadal, starając się „wyrwać” dla siebie jak najwięcej czasu – także w ciągu wspólnie spędzanego z dzieckiem dnia.
Teraz nieco inaczej patrzę na swój święty spokój i czas. Po pierwsze – przestałam czytać codziennie gazetę – jeśli coś czytam, to książki i czasem weekendowe „Wysokie Obcasy” (to w poszukiwaniu inspiracji). Przestałam też śledzić serial, któremu jeszcze 3 lata temu poświęcałam codziennie 45 minut – zauważyłam teraz, jaka to oszczędność czasu! Ale – co najważniejsze – przestałam „wydzierać” mój wolny czas z każdej nadarzającej się okazji i traktować go jako coś, czego inni nie mogą naruszyć. Nie znaczy to, że nie muszę mieć czasu tylko dla siebie – muszę, czego wyrazem jest choćby ten blog. Jednak coraz częściej doceniam chwile, które spędzam z chłopcami – nie traktując ich jako intruzów w mojej przestrzeni. Staram się być z nimi w 100% w tym czasie, który spędzamy razem w domu. Nawet, jeśli akurat muszę zająć się jakimiś domowymi obowiązkami, staram się, abyśmy byli we wspólnej przestrzeni.
Co wpłynęło na zmianę mojego myślenia? W pewnym stopniu na pewno lektury „wychowawcze”, które pozwalają spojrzeć na aspekt macierzyństwa z innego punktu widzenia. Przede wszystkim jednak – upływ czasu, który widzę po starszym synu (choć to dopiero 3 lata!). Coraz częściej myślę sobie „Czym jest ten krótki czas, gdy dzieci nas najbardziej mentalnie potrzebują – de facto tę parę lat – patrząc z perspektywy całego życia?”

Facebook Comments

8 komentarzy

  • …nie przypominam sobie aby u mnie pojawił się kiedyś lęk, że posiadanie dzieci odbierze mi mój wolny czas…tak bardzo chciałam mieć dzieciaki, że bardziej zastanowiłam się co mogę zrobić aby pogodzić pewne sprawy – czas dla dzieci, rodziny, dla siebie, praca…da się to zrobić…ale…zawsze jest jakieś ALE:-)…okazało się, że nie można we wszystkich tych obszarach być perfekcjonistką…kluczem okazały się priorytety:-)…zabrało to trochę czasu:-)…fajnie, że napisałaś o tej zmianie – myślę, że to sens prawdziwego być matką – akceptacja zmian.

  • Magda – myślę, że przed urodzeniem pierwszego syna mój własny czas był najważniejszym priorytetem, stąd to zaskoczenie i poczucie niepewności. Przy drugim synu zupełnie się nad tym nie zastanawiałam – po prostu wiedziałam, że jest to kwestia mojego nastawienia mentalnego. W tych samych sytuacjach reagowałam zupełnie inaczej. Tak, jak pisze Waldman – w takich samych sytuacjach byłam zupełnie inną matką dla obu moich synów i to pomimo, że dzieli ich tylko 2,5 roku. Wydawałoby się, że tak niewiele dzieli mnie od niedawnych przeżyć, a jednak zmiana sprawiła, że reagowałam zupełnie inaczej. Podoba mi się ta zmiana, jest na lepsze. Pewnie takich zmian czeka mnie jeszcze sporo i każda będzie związana z kolejnym etapem życia i dojrzewania dzieci.

  • A ja chyba nie doroslam do tego etapu bycia matka. Tesknie za chwilami samotnosci, pustego domu gdzie jest cisza i jestem same ze soba. Lubie jak maz zabiera dzieci na spacer a ja sie moge wylaczyc. Zawsze mialam take potrzeby i po staniu sie matka to sie nie zmienilo….Dzisiaj moj 5 letni syn przybiegl do mine z placzem "mamo mamo ja chce sie bawic SAM , a Robert mi ciagle przeszkadza" W pierwszej chwili chcialam zareagowac jakims pedagogcznym tekstem o dzieleniu swiata z bratem…a potem pomyslalam, ze kazdy ma prawo do chwili samotnosci i nie dzielenia czasu z kims innym. Wiec tak tez powiedzialam dziecku, i umowilismy sie, ze bedzie mial od czasu do czasu chwile tylko dla siebie.

  • Agata – może to nie jest kwestia dorastania, tylko każdy z nas ma swoje własne potrzeby. U mnie zmieniło się akurat to, choć też nie diametralnie. Nadal potrzebuję chwili spokoju – na przykład dzisiaj, tuż przed wyjazdem na święta, a Starszy Mi domaga się uwagi, bo widocznie nie może sobie poradzić z emocjami przedwyjazdowymi (zawsze silnie "nakręca" się na te wyjazdy). Życzę Ci, żebyś miała dla siebie wystarczająco dużo wolnych chwil – na własne inspiracje i rozwijanie kreatywności, której Ci nie brakuje. Myślę, że świetnie odpowiedziałaś synowi – jeśli pozwolisz, zgapię to kiedyś od Ciebie. 🙂

  • Również zawsze miałam dużo czasu dla siebie, swoich pasji, a do tego, jako jedynaczka w dużym domu z ogrodem, zawsze miałam przestrzeń i spokój. Jednak tak jak Agata, tak bardzo chciałam mieć dzieci (koniecznie nie jedno:)), że oczywiste było, że muszę zrezygnować z wielu rzeczy dla nich. Mimo świadomości, że pojawienie się małego człowieka przewraca świat do góry nogami, po urodzeniu córki musiało minąć trochę czasu żebym oswoiła się z myślą, że odtąd nie jest tak, że mam mniej czasu dla siebie, a nie mam go prawie wcale 🙂 Jednak teraz, kiedy są już z nami dwa maluszki, jakoś udaje się mieć czas na chwilkę przy książce, dwa razy w tygodniu 2 godzinne treningi, raz w tygodniu "wieczór spa" i samotne zakupy. Udało się, choć wcale nie od razu i samo z siebie. I staram się korzystać z ostatnich chwil przed pójściem córki do przedszkola, bo potem będzie jej w domu coraz mniej i sądzę, że zatęsknię za brakiem wolnego czasu tylko dla siebie szybciej niż mi się wydaje 🙂

  • Sylwia, ostatnio coraz częściej myślę, patrząc na Młodszego Mi (jak już rośnie), że wkrótce nasze dzieci pójdą do przedszkola, szkoły i będą mieć dla nas coraz mniej czasu. Korzystaj z tego wspólnego czasu z córką. Co do czasu dla siebie – też wdrożyłam do swojego życia m.in. zajęcia taneczne (na razie raz w tygodniu) i cieszy mnie to, że tego "nie odpuszczam". Inaczej już jednak patrzę na weekendy i święta – chcę, żeby to był rzeczywiście wspólny czas, którego nie przeznaczamy np. na zakupy czy sprzątanie (na szczęście tak możemy).
    Nie rozumiem ludzi, którzy mając dzieci, narzekają, że jest to duże obciążenie – patrzą na dzieci w kategorii problemu, między innymi ze względu na czas, którego mają dla siebie mało. Z drugiej strony przecież za te paręnaście lat my – rodzice – będziemy mieć dla siebie bardzo dużo czasu. Wszystko w przyrodzie się bilansuje, także nasz czas – wychodzę z takiego założenia. To często mi pomaga.

  • W jednej z książek Dorota Zawadzka napisała, że na dzieci powinno się mieć certyfikat :)i coś w tym jest. Zwróć uwagę, że często te osoby, które postrzegają dzieci jako problem, posiadają je, bo tak zaplanowały, nie była to "wpadka" "przypadek". Moja mama zawsze mi mówiła – "na dzieci nigdy nie ma czasu, zawsze trzeba z czegoś zrezygnować, coś poświęcić, ale warto. Tylko każdy musi ocenić z czego będzie mu najłatwiej zrezygnować w danym momencie" Może zbyt mało się o tym mówi? Oglądamy programy, czytamy jak to dziecko jest owocem miłości, dopełnieniem w rodzinie, dziedzicem fortuny, nazwiska i czegoś tam jeszcze. Wiemy, że płacze i wstaje w nocy. Ale mało kiedy ktoś mówi, że można zabrać dziecko w wiele miejsc, ale nie na basen, kiedy człowiek chce po prostu popływać a dziecko ma dopiero 6 m-cy, że na zakupy można wziąć, ale odbywają się mniej sprawnie, a gotowanie może być przerywane do 5 minut kolejnymi prośbami malucha 🙂

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!