Frustrująca Tracey Hogg.

Założę się, że spora część z mam, szczególnie na początku swojej przygody z macierzyństwem interesowała się teoriami niejakiej Tracey Hogg (znam też kobiety, które zajęły się czytaniem jej książek jeszcze przed porodem).
Jak zetknęłam się z  teoriami owej położnej i ekspertki od niemowląt? Nawet nie wiedziałam, że taka osoba istnieje i czym się zajmuje. Postać ta pojawiła się z konkretnego powodu, jaki zaistniał w moim życiu jako młodej stażem mamy – chodziło usypianie mojego dziecka wieczorami.
Starszy Mi od początku sam zasypiał w łóżeczku, aż do momentu, gdy miał bodajże 5 czy 6 miesięcy. Nie mogłam odejść od niego, bo zaczynał żałośnie płakać, a nie chciałam zostawiać go, aby się „wypłakał”. Jak się domyślacie, sytuacja nie układała się po mojej myśli, ponieważ wieczorami pragnęłam mieć czas dla siebie, zamiast spędzać 20 czy 30 minut nad łóżeczkiem i czekać, aż maluch zaśnie głębokim snem i nie zbudzi się w momencie przymykania przeze mnie z ulgą drzwi do naszego wspólnego pokoju…(to był jeszcze czas, gdy byłam mocno nastawiona na mój własny czas, o czym pisałam tutaj – poza tym nie wiedziałam, że nadejdzie taki czas, kiedy Starszy Mi będzie zasypiać 45 minut lub nawet godzinę i ja też będę musiała w tym uczestniczyć :-). Po wtóre – przyzwyczaiłam się do dobrego i nie mogłam zrozumieć, co takiego się stało, że malec zmienił swój sposób zasypiania. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że jedyne, co jest pewne w życiu dziecka, to ZMIANA. 🙂
Moja przyjaciółka już wcześniej wspominała mi o tej znanej wielu mamom ekspertce, ale nie byłam tym tematem wówczas aż tak zainteresowana. Ze względu na kwestię zasypiania, sięgnęłam po egzemplarz poleconej mi książki. 
Musicie wiedzieć, że jako ambitna osoba (i wówczas mama), byłam bardzo zmotywowana, aby szybko zapoznać się z nieocenionymi radami, które miały polepszyć moją sytuację.
Przyznam, że mocno się wciągnęłam w tę lekturę. W pewnym momencie byłam tak zafascynowana lansowanymi przez panią Hogg tezami, że głównym tematem rozmów z moją przyjaciółką było radzenie
sobie z zasypianiem dziecka, a mój mąż musiał po powrocie z pracy wysłuchiwać informacji o kolejnych odkryciach, dotyczących zajmowania się niemowlętami. W teorii byłam bardzo dobrze obeznana, sypiąc jak z rękawa przesłaniami Naczelnej od Niemowląt. 🙂
Jednak coś się stało. Moja gwałtowna ekscytacja nie skończyła się równie szybko, jak wybuchła, ale zaczęła powoli i systematycznie wygasać. Rozmów z przyjaciółką na temat Tracey było coraz mniej, książka leżała na półce i czekała, aż przeczytam kolejny rozdział – tym razem bez wypieków na twarzy.
Czemu tak się stało? W pewnym momencie lektury stwierdziłam, że wybitnie przestaje mi odpowiadać podejście pod tytułem „każde dziecko można nakłonić do robienia tego, czego chcę, jeśli tylko jestem  niezmiernie konsekwentnym rodzicem i zastosuję się do sprawdzonych metod”. Zdaje się, że „odpadłam” przy ćwiczeniu, polegającym na odkładaniu płaczącego dziecka do łóżeczka aż do skutku, czyli do momentu, kiedy się nie uspokoi – pani Hogg twierdziła, że liczba niezbędnych powtórzeń tej czynności może dobiegać nawet setki…Nie byłam na to gotowa psychicznie…
W pewnym momencie zaczęło wkurzać mnie to, że Starszy Mi nie „realizuje” założonego dla niemowlęcia planu, czyli karmienia co 3 lub 4 godziny, pór spania. Dzięki zaplanowanej organizacji czasu wg wskazówek p. Hogg miałam być bardziej zrelaksowana i mieć dla siebie trochę czasu, ale wcale się tak nie czułam. Czułam się sfrustrowana, że nie radzę sobie z planem, który powinien działać.
Wcześniej piałam peany na cześć autorki, ale stopniowo budowało się we mnie przekonanie, że przy dalszej lekturze zdołuję się samym dążeniem do idealnego zajmowania się dzieckiem.
Zasypianie Starszego Mi wróciło do normy po pewnym czasie po to, aby później znowu wejść w inną fazę, kiedy znów potrzebował naszej obecności w pokoju. To ostatecznie przekonało mnie, że dobrze się stało, iż nie traciłam zbyt wiele cennego czasu na dokładne i konsekwentne realizowanie planu p. Hogg.
Nie twierdzę, że :”Tracey jest be” – pewnie są mamy, które skorzystały z cennych rad i pomogło im to. Mnie ten model zajmowania się niemowlęciem, po prostu wydał się zbyt „uprzedmiotowiający dziecko”, jakby miało ono być sprawnym narzędziem w naszych rękach, dostosowanym do naszych potrzeb.
P.S. Nadmienię, że Starszy Mi był
bardzo spokojnym dzieckiem, które dużo spało, nie miało kolek i
generalnie nie marudziło, więc nie musiałam aż tak angażować się w czytanie owej książki.
Ha! Po wpisaniu w google hasła „Tracey Hogg”, jako pierwszy link pojawiło mi się pytanie, zadane na forum „Usypianie wg Tracey Hogg – kto stosuje?” Jak widać, nie ja jedyna chciałam się z tym zmierzyć. 🙂

Facebook Comments

14 komentarzy

  • Gdy na pierwszą wizytę domowa do mojej świeżo urodzonej córci przybył pediatra polecany mi przez przyjaciółki, pouczył mnie,że nie należy się przejmować krzykiem dziecka.Nakarmić, napoić,
    przewinąć i "odstawić". W 2 tygodnie pózniej wszystko odwołał, gdy zobaczył moje dziecko, które zmęczone wrzaskiem wreszcie usnęło. Bo dziecko było po prostu naprawdę mocno nerwowe. Moja córka ma w tej chwili już drugiego synka. Mnie zawsze zarzucała nadopiekuńczość, nie mniej pediatrzy niemieccy uważają, że nie powinno się pozwalać dziecku płakać i jeśli trzeba, to należy go usypiać.Z tym,że jeśli maluch ma trudności z zasypianiem to trzeba przygotowywać go do snu już 2 godziny wcześniej – czyli wyciszać, nie rozbawiać, nie dostarczać nowych wrażeń.W tej chwili, właśnie dziś, starszy kończy 3 lata, od chwili urodzenia się
    młodszego brata ( lutym tego roku) zasypia sam. Młodszy zasypia po 15 minutach utulania na rękach. Dziecięcy psycholodzy odkryli, że dziecko na którego płacz w niemowlęctwie nikt nie reaguje, sprawia potem duże kłopoty wychowawcze, jest zamknięte w sobie, ma nikły kontakt z rodzicami, nie powierza im swych kłopotów.
    Miłego, 😉

  • Hej Aga, ja kupilam sobie podobna ksiazke (Contented baby and toddler), autorstwa Giny Ford (ktorej ksiazke Potty Training bardzo polecam). Tam tez proponuje ona wiele schematow dnia, ulozonych co do godziny. Tez odpadlam w przedbiegach tak jak ty, bo wg jej schematow o 7 rano mlodsze dziecko powinno byc juz przebrane i nakarmione, a mnie nawet traktor z lozka nie sciagnie, zeby samej wyjsc z inicjatywa obudzenia malego na karmienie przed 7 😉

  • Mnie parę rzeczy się przydało ale nie dałam sobie rady z tematem usypiania:-)
    Kiedyś dla ciekawości zastosowałam "podnoszenie i odkładanie" – przy 34 razie siadły moje plecy…i się skończyło:-)
    Moja mama jako opiekunka zastosowała przy trojaczkach kilka porad (opiekowała się kiedyś taką ekipą:-)) – wysłałam jej tę książkę aby pomóc w ułożeniu życia:-) – ona odniosła sukces – pewnie te płacze nie wyglądały histerycznie ale spokój z jakim podeszła do tematu mógł pomóc w osiągnięciu zadowalającego rezultatu:-)

  • Anabell – z tego, co opowiadała mi moja mama, kiedyś dominowała teoria karmienia z zegarkiem w ręku i organizowania dnia pod kątem tego dokładnego planowania. Dla mnie to było niepojęte, bo ja bym się za bardzo tym stresowała, choć lubię planować i porządkować sprawy w życiu. Co do usypiania, to odpowiada mi podejście, o którym piszesz – nie można dać się dziecku wypłakać, trzeba mu pomóc, ale rozsądnie – myśląc, co zrobić, aby trudne sytuacje się nie powtarzały. Fazy z zasypianiem są różne – nasi synowie od początku zasypiali sami, ale Starszy Mi miał też różne okresy, kiedy trzeba było mu w tym asystować. Nie ma jednej recepty i dlatego teorie T.Hogg mnie denerwują, bo tego nie uwzględniają, tylko skupiają się na działaniu według tego samego schematu.

  • Gosia – pamiętam, że ten plan dnia paromiesięcznego dziecka, z budzeniem go bodajże między 7 a 8 mnie też rozkładał na łopatki. Wiem, że plan dnia maluszka i pewne rutynowe czynności są ważne, ale nie sądzę, aby tak małe, trzymiesięczne dziecko dało się "nauczyć" założonego odgórnie rozkładu godzinowego, który pasuje jego mamie. 🙂 Z drugiej strony, być może to ja źle interpretowałam te teorie, starając się dopasować do ściśle określonego planu? Może nie należało tego traktować tak dosłownie?

  • Magda – tak, jak piszesz, pewne rzeczy mogą się przydać. Podnoszenie i odkładanie też praktykowałam, ale to nie moja "para kaloszy". W końcu wolałam usypiać, trzymając za rączkę albo "szumiąc" przez 15 czy 20 minut. 🙂 Na pewno dużym atutem zapoznania się z teorią T. Hogg może być spokojniejsze i bardziej "logiczne" podejście do problemów – choćby dlatego, że opisała je inna osoba z doświadczeniem.

  • Spotkałam się z różnymi teoriami, radami. Przy starszej córce starałam się stosować wiele rzeczy. Córka miała lekkie kolki i często płakała z tego powodu. Absolutnie nie umiałabym odłożyć jej aby się wypłakała….Pierwsze 3 miesiące spała w swoim łóżeczku, potem zaczęły się problemy z ulewaniem do noska…ile ile bym jej w nocy nie nosiła i tak odbijało się jej za mało…Zaczęła spać na brzuszku, leżąc na mojej klatce piersiowej. Ulewania do nosa skończyły się, zaczęło się spanie z nami…Synek od początku spał ze mną…Teraz 2,5letnia córka śpi w swoim łóżku, które stoi w naszej sypialni obok naszego łóżka. I wiesz co? Nie żałuję! Ostatnio dużo słyszałam od ekorodziców o zaletach spania z dzieckiem.
    A mi się wydaje, że to jest bardzo indywidualne. Ja nie mówię, że ktoś jest wyrodnym rodzicem, bo odkłada dziecko do "wypłakania się", ale jestem wzburzona, kiedy ktoś mnie atakuje, że dzieci śpią z nami. Tym bardziej, że, jak pewnie sama wiesz, każde dziecko jest zupełnie inne. Każde potrzebuje indywidualnego podejścia.
    Książki o dzieciach są fantastyczne, można nauczyć się z nich dużo, ale niezbędne jest przefiltrowanie tych informacji i dostosowanie do własnych doświadczeń i osobowości dzieci 🙂

    • Wiesz, widzę teraz, że przy pierwszym dziecku miałam ewidentnie "syndrom prymuski" – głowa nabita teoriami na temat najbardziej odpowiedniego zajmowania się dzieckiem. Bywało, że krytykowałam pewne postawy, jednak teraz chyba dorosłam do podejścia "żyj i pozwól żyć innym tak, jak chcą (szczególnie mamom)". To znaczy nadal pewne postawy mi bardziej lub mniej odpowiadają (oczywiście, są takie, które są bezwzględnie złe – np. zaniedbywanie dziecka), ale nie traktuję swojego sposobu życia jako jedynego obowiązującego. I wiesz co, to duża ulga. 🙂

  • jakbym czytała o sobie…mi na dodatek moja bratowa lansowała te teorie… efekt był taki, że stresowałam trzytygodniowego noworodka nie pozwalając mu zasnąć przy cycu oraz usiłując nauczyć samodzielnego zasypiania…szybko z tego zrezygnowałam…i przestałam słuchać bratowej i stosować się do rad z książki, kiedy bratowa doradziła mi nakarmić małego przez sen, co miało wydłużyć nocną przerwę w karmieniu…efekt był taki, że mały zaczął się budzić na dodatkowe karmienie w nocy i długa przerwy nocna znikła (a przesypiał ok. 5 godzin)…aktualnie mam nadzieję, że do niej powróci 🙂

    • Ha, te teorie na temat nocnego budzenia i sposobów na to, aby dziecko budziło się rzadziej! Czytając o "książkowych dzieciach" (widział ktoś kiedyś takie w swoim otoczeniu?), wyczekiwałam momentu, kiedy starszy syn przestanie budzić mnie co 1,5 godziny w nocy. Na początku także przesypiał ładnie 5 godzin, ale gdy zaczął bardziej intensywnie rosnąć, to się diametralnie zmieniło. Czekałam i czekałam, aż zdarzy się cud i w 6. lub 7-mym miesiącu zacznie przesypiać dłużej. Ale stało się tak, że dopiero w wieku bodajże 9 miesięcy zaliczyliśmy pierwsze przespane dłużej nocki…

  • Ja napiszę krótko. Gdyby nie rady Tracy prawdopodobnie rozwaliłoby nam rodzinę. Bo każde z nas miało już dosyć niewyspania, marudzenia etc. Gdyby przy naszym małym koledze stosować metody niemieckich naukowców dawno każde z nas miałoby dyskopatię kręgosłupa. Dzięki Tracy.

  • Też stosuję plan dnia wg Tracy Hogg. Nie stosowałam nigdy metody podnoszenia i odkładania jak dziecko płakało w łóżeczku nie mogąc zasnąć ale kołysałam je w łóżeczku, robiąc szszszsz… córcia popłakała, pomarudziła aż zaśnęła. Nie wyciągałam, nie bujałam, nie wkładałam piersi jako uspokajacza, stosujemy jedynie smoczek z racji dużej potrzeby ssania małej jak była noworodkiem i dzięki temu dziecko nauczyło się zasypiać samo. Teraz odkładam małą do łóżeczka, smoczek, ulubiony kocyk, wychodzę i mam spokój do następnego karmienia wg planu 🙂 Córcia ma już 4 mce i mam nadzieję że jej się to nie zmieni diametralnie bo dzięki temu jestem wypoczęta i mam czas dla siebie. Teraz tylko będzie walka po 6mcu o odstawienie smoka ale nie planuję metody podnoszenia i odkładania dziecka aż się wypłacze i padnie bo wydaje mi się to dodatkowo stresujące dla dziecka..już się cieszy że mama go zabiera z okropnego łóżeczka a po chwili w nim ląduje ponownie…samonakręcający się płacz.. temu mówię nie.
    Jedno jest pewne, nie jest łatwo być rodzicem, zawsze są wątpliwości czy się na pewno dobrze robi, dzieci zaskakują stale i nie ma jednej słusznej metody. Trzeba stosować to co działa na nasze dziecko i tyle a każda podpowiedź sugestia mile widziana, z każdej może coś się przydać.

    • Dziękuję za tak obszerny komentarz. Bardzo mi się podoba Twoja rozsądna i wyważona opinia na ten temat. Co do smoka, to przy drugim dziecku ja już "odpuściłam" – mając rok i 10 miesięcy Młodszy idzie spać jeszcze ze smokiem. Ale niedługo muszę zmierzyć się z tym tematem. 🙂

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!