Filmowe noworoczne postanowienia.

Od kiedy zapoznałam się z koncepcją zrównoważonego rozwoju osobistego (nie pamiętam, czy dokładnie tak się nazywa – tak ją sobie zapamiętałam), spodobało mi się myślenie o wielu wymiarach swojej egzystencji. Jak już wspominałam w innych wątkach na blogu, praca nie była i nie jest dla mnie tożsama z robieniem tzw. kariery – to nie mój priorytet życiowy, a pracuję, bo jest to dla mnie ważne w aspekcie aktywności zawodowej, własnego rozwoju zawodowego i kontaktów interpersonalnych. Oprócz pracy starałam się – z gorszym lub lepszym skutkiem – wykazywać aktywność w innych obszarach swojego życia (miłość, przyjaźnie, taniec). Z czasem odkryłam, że są też inne aspekty egzystencjalne, o które powinnam zadbać – po urodzeniu dzieci takim „ugorem” okazała się szeroko rozumiana kultura. Nie można chcieć zmienić za wiele naraz (bo takie zbyt „wyśrubowane” przyrzeczenia mogą wylądować w koszu ze statusem „myślenie życzeniowe”), ale w nadchodzącym roku obiecałam sobie, że przynajmniej raz na miesiąc wyjdziemy do kina lub teatru bądź na koncert.
Idzie nam całkiem nieźle – jest początek marca, a od początku roku byliśmy na dwóch filmach. W zasadzie to już pod koniec zeszłego udało nam się „wyrwać” na film W.Allena „O północy w Paryżu” (to tak a propos „wishful thinking” :-). Najważniejsze, że jesteśmy zmotywowani. W zasadzie, gdyby wziąć pod uwagę filmy, obejrzane w domu, dzięki dobrodziejstwu usługi VOD, to statystyka jest nawet zawyżona. 🙂
Każdy z tych ostatnio obejrzanych filmów jest zupełnie inny, ale każdy na swój sposób mnie poruszył i nie składam tego na karb absencji kinowej.
„Incepcja” (powtórka na HBO) wbiła mnie w kanapę – nie chodziło tylko o grę aktorów, ale o samą  złożoność scenariusza. Byłam pod wrażeniem tego, jak bystry umysł trzeba mieć, aby – jak architekci snów – konstruować kolejne piętra scen i wciągać widza w tę grę. Czytając recenzję filmu, obawiałam się że nie jest to gatunek dla mnie (nie jestem fanką filmów sensacyjnych ani filmów akcji), ale najbardziej zaskoczyła mnie własna reakcja na to dzieło. Skończyłam oglądać przed 24:00, ale zarówno przed pójściem spać, jak i następnego dnia rozpamiętywałam sceny i obrazy z filmu, starając się je połączyć w spójną całość.
„Rzeź” spodobała mi się jako adaptacja sztuki teatralnej – to, co było określane jako możliwe ograniczenie – dla mnie było dużym atutem filmu. Skupienie akcji w jednej przestrzeni, z której bohaterowie jakby nie mogli się uwolnić (fizycznie i mentalnie), przyciągnęło moją uwagę do tego stopnia, że poczułam się rozczarowana, że to już koniec opowieści. Godzina minęła „jak z bicza strzelił”, a we mnie pozostał pewien niedosyt obserwacji i dialogów, które zmieniały się chwilami w iście zawrotnym tempie. Koalicje, emocje, zmiany nastrojów nie pozwalały mi ani przez chwilę czuć się znużoną „zagadaną” akcją – bo de facto akcja była tu dialogiem, walką na słowa i własne percepcje rzeczywistości. Przyznam, że w niektórych słowach czy zachowaniach Jodie Foster mogłam przejrzeć się jak w lustrze – zauważyłam, jak mogą być irytujące i to nie było fajne uczucie. 🙂
„Drzewo życia” spowodowało we mnie mieszane uczucia. Zgadzam się z recenzją Pawła Felisa w Gazecie Wyborczej, że reżyser czasami ocierał się o grafomanię. Mnie w pewnym momencie męczyły obrazy tworzenia świata i towarzyszące im pytania retoryczne typu „Co dla Ciebie znaczymy?” lub „Gdzie jesteś?”. Do mnie przemawiały obrazy z dzieciństwa głównego bohatera – świat, widziany oczami małego dziecka i  ważne wydarzenia z punktu widzenia dzieci w wieku moich chłopców (choć dla dorosłych zupełnie marginalne). Urzekły mnie szczególnie efemeryczne obrazy, zbudowane z codzienności (np. firanka, poruszana wiatrem czy relacje małych dzieci z matką, obserwowane z bliska), choć postać matki była dla mnie czasami drażniąca w swoim uduchowieniu.
„Żelazna Dama” (to zeszło weekendowe wspomnienie) ujęła mnie nietypową, „rwaną” biografią – nie biografią, inspirowaną przez przejawiającego się ducha zmarłego męża (swoją drogą, jego komentarze były dla mnie jednymi z lepszych kwestii w tym filmie). A na marginesie – ta garderoba starszej pani z mnóstwem niebieskich i popielatych eleganckich ubrań (także do chodzenia „po domu”) – jakże elegancka moda dla seniorek! Myślę jednak, że nie jest to film dla wszystkich – chyba dobrze jest mieć już pewne doświadczenia życiowe za sobą (wiek, macierzyństwo, pracę). Zastanawiałam się nad tym, patrząc na siedzącego obok mnie chłopaka w wieku licealnym, który przyszedł na seans najprawdopodobniej ze swoją matką. Wsiadając do auta tuż po projekcji filmu, w radio RMF Classic słuchaliśmy muzycznego „motywu przewodniego” właśnie z „Iron Lady” – taki przypadek. 🙂 Wedy powiedziałam też, że jeśli Meryl Streep nie dostanie za tę rolę Oskara, to…będzie to co najmniej duże niedopatrzenie. Chyba ktoś przestraszył się mojej opinii 🙂
Swoją drogą, dopiero po obejrzeniu „Żelaznej Damy” przeczytałam wywiad z Meryl Streep w styczniowym Zwierciadle – i dobrze, że było to po filmie, nie skupiałam się na obserwacji szczegółów warsztatu aktorki. 🙂
A w ten weekend też planujemy kino. 🙂

Facebook Comments

2 komentarze

  • Wczoraj trafiłem wreszcie na film pt. "Wszystko będzie dobrze" – polecam. Po takim obrazie człowiek nabiera dystansu do swojego życia i widoku z okna biurowca w centrum Warszawy. Do nadrobienia jeszcze "Dom Zły", ale to w czwartek z TVP.
    ALB

  • Muszę w takim razie "upolować" ten film, o którym piszesz. Dom zły właśnie "leci" w telewizji, oglądałam w zeszłym roku, też wbił mnie w kanapę. W ogóle był czas, kiedy traktowałam np. TVP Kultura jako alternatywę do chodzenia do kina – można było tam obejrzeć parę dobrych filmów, zresztą często się powtarzają.

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!