Promujmy dobry język w książkach dla dzieci!

Pisałam już kiedyś o tym, że w książkach dla dzieci razi mnie przedstawianie ról kobiecych i męskich.
Tym razem chcę zwrócić Twoją uwagę na jakość treści, czyli pewne „niechlujstwo językowe”.
Mój postulat, zawarty w tytule, ma uzasadnienie. Zżymam się, czytając kolejną książeczkę – kolorową, choć z ilustracjami, które mi się nie podobają.
Zobaczcie na poniższe zdania (cytaty):
– „Dzieci bardzo rano przyszły do rodziców” – co to jest „bardzo rano”?
– „Asia na kolanach mamy czeka na swoją kolejkę” – szyk zdania plus chyba powinno być użyte słowo „kolej”?
– „zawiązując chłopcu na rękę białą chustę” – chyba „na ręce”?
– „w tym musisz trzymać rękę przez kilka dni” – brzmienie zdania.
To przykłady z jednej książeczki – dla mnie przerażające! Nie powiem, co to za tytuł ani jakie wydawnictwo, choć przyszło mi do głowy, aby założyć profil na Facebook „Stop niechlujnemu językowi w książeczkach dla dzieci” i piętnować tam takie przypadki 🙂
Zrzucam to na karb tłumaczenia, bo trudno mi uwierzyć, aby ktoś
z autorów pisał tak po polsku
.
Nie jestem z wykształcenia polonistką, ale razi mnie taki brak dbałości o język w literaturze dla dzieci. Przecież to pierwszy kontakt dzieci ze słowem pisanym – zanim pójdą do szkoły.
Zastanawiam się, czy w wydawnictwa nie zatrudniają ludzi na posadzie korektorów, którzy „czyściliby” tekst z takich błędów językowych? Czy szkoda im na to pieniędzy?
Czy chodzi o to, że można potraktować małego odbiorcę – a raczej jego rodzica – jako „nierozumnego” czytelnika, który nie zwróci uwagi na prawidłowy styl i formę językową?
A może stawiam poprzeczkę za wysoko, bo zwracanie uwagi na poprawność językową nie jest oczywista?
  • Anonimowy

    można urazić czyjąś dumę na przykład:)

    • Tak, masz rację co do sformułowania – można urazić coś, co nie jest osobą. Zastanawiam się, czy autorka tłumaczenia poczułaby się urażona moim wpisem na ten temat. 🙂

  • To jest masakra, masz rację, masz!

    • Zęby mi zgrzytają, gdy to czytam – a muszę codziennie co najmniej dwukrotnie. Zmieniam szyki zdań – przynajmniej taka sesja czytelnicza pobudza moją czujność. 🙂

  • Moęe tłumacz korzysta z translatora;D

    • Może tak, ale wtedy cena książeczki powinna być o ileś % niższa… 🙂

  • W każdym wydawnictwie powinien być korektor, ale powiem Ci, że takie kwiatki tu napisałaś, że się zastanawiam, czy znów przypadkiem ktoś nie chciał zaoszczędzić na tłumaczeniu i nie zlecił go przypadkiem studentowi… w dodatku zaoszczędził też na korektorze.
    Takie błędy wyłapuje się po przetłumaczeniu w pierwszej korekcie.
    To jest – ja je wyłapuję u siebie, albo proszę o przeczytanie jeszcze kogoś, np. moją mamę, niekoniecznie nawet wyszkolonego polonisty tu trzeba, żeby zauważyć, że ktoś się po prostu nie przyłożył.
    A o tych korektorach wiem z pierwszej ręki, moja koleżanka prowadzi wydawnictwo i to – oprócz wysokiej jakości tłumaczenia – jest po prostu nieodzownym elementem pracy nad wydaniem książki.
    Ale i tak się czasem zdarza wyłapać tego typu literówkę czy inny błąd.
    Pozdrowienia od tłumacza 🙂
    iw

    • Myślę, że w tym przypadku ktoś (wydawca) musiał zaoszczędzić przynajmniej na korekcie. Ja nie jestem polonistką, ale przykładam dużą wagę do tego, jak brzmią wypowiedzi i słowo pisane, z którym się stykam (może dlatego, że moja babcia była polonistką, a ja od początku edukacji szkolnej nie miałam trudności z pisaniem wypracowań :-).
      Wartością dodaną książki jest przecież jej język – nie tylko opisana historia, ale i użyty język.
      A literówki zdarzają się wszędzie – tzw. "czeskie błędy".

  • Błędy są rzeczywiście rażące.

    • Cieszę się, że mój wpis znajduje potwierdzenie w osobie od kolejnego tłumacza.