slow-life

Slow life – zwolnij, pracujący człowieku.

Slow life, czyli życie w nieco zwolnionym tempie. Kto z nas nie chce?

2 czerwca w Wysokich Obcasach został opublikowany wywiad na temat życia w wolniejszym tempie. 
Jest to rozmowa z Carlem Honore – rzecznikiem ruchu Slow. Pod większością jego teorii mogę podpisać się obiema rękami.
Dla porządku – na początek skrócona definicja filozofii, do której odnoszę przemyślenia zawarte w tym wpisie:

(…) ruch Slow nie jest ruchem, który dąży do tego, by robić wszystko w
żółwim tempie i wyeliminować prędkość w ogóle. (…) Chodzi o to, żeby biec wtedy, kiedy sytuacja
rzeczywiście tego wymaga, a nie ciągle
.”

Gros wypowiedzi p. Honore odnosi się do środowiska zawodowego – nic dziwnego, spędzamy w pracy więcej czasu niż w domu (włączając w to chociażby dojazdy). Akurat u mnie te proporcje nie są tak zachwiane, z racji pracy na krótszy etat (co sobie bardzo cenię).
Moją uwagę zwróciła pewna wypowiedź, której chcę poświęcić ten wpis. Przytaczam cytat z wywiadu: 

„To jak zwalniać z sensem?” [oczywiście, nie chodzi tu o zwolnienie kogoś z pracy, tylko o zwolnienie tempa życia – przyp. autorki bloga]
Przyglądać się sobie w różnych dziedzinach życia – przy stole, w
sypialni, w pracy. Kwestionować swoje nawyki i zachowania: czy ma sens,
żebym jechał 100 km na godzinę do domu? Czy naprawdę muszę popędzać
rano dzieci do szkoły? Czy muszę jeść w pracy kanapkę przed monitorem,
bo jestem tak zawalony robotą, że szkoda mi czasu, żeby zjeść lunch na ławce w parku? Ile oszczędzę na tym czasu – trzy minuty, pięć minut?
Okaże się, że w większości przypadków spieszymy się z przyzwyczajenia, a nie dlatego, że musimy.

Nie wiem, czy was, ale to „kwestionowanie nawyków” bardzo mnie przekonuje. Odniosę to do mojej osoby.
Od początków swojej ścieżki zawodowej (czyli od ostatniego roku studiów), zauważałam u siebie pewien „niezdrowy” – jak mi się wówczas wydawało – syndrom. Objawiał się on niechęcią do tzw. „kultury zarobienia(nie ma to nic wspólnego z zarabianiem, ale z kolokwialnym „zarobieniem” – „zarobiony jestem”). Pewnie ma to związek z tym, iż – z racji mojego charakteru – nie cierpię tzw. „wykonywania nerwowych ruchów”, które wiążą się z natychmiastowym decydowaniem albo – jeszcze gorzej: ustalaniem nierealnych terminów wykonania zadań (żeby zrobić coś „już i natychmiast”). Owszem, taki tryb pracy daje pewną adrenalinę, na pewno nie pozwala się nudzić, daje ludziom poczucie przydatności, ale…
Nie chodzi o to, że nie umiem podejmować szybko decyzji – zdarzało mi się stanąć w obliczu sytuacji, kiedy trzeba było szybko określić „tak” lub „nie” (bez „ale…”). Cenię i podziwiam ludzi, którzy potrafią w trudnych i stresujących momentach szybko rozważyć „za i przeciw” i zdecydować, co należy robić – jest jednak pewien warunek: muszą to być decyzje przemyślane i konsekwentne.
Natomiast zdaje mi się, że w wielu sytuacjach, gdy istotny jest czas, decyzje są podejmowane szybko, ale bez przemyślenia, skutkiem czego są późniejsze ich modyfikacje (nie znaczy to, że wszystkie mają być trafne – każdy z nas się w końcu pomyli). Ale – co najgorsze – czasem w efekcie takich decyzji ludzie zaczynają wykonywać pracę, która po jakimś czasie okazuje się niepotrzebna. Jak dla mnie – porażka!
Oczywiście, mnie także zdarzało się ponieść konsekwencje swoich własnych zbyt szybkich biznesowych decyzji i nie były to psychicznie komfortowe sytuacje – mimo, że „na zewnątrz” wszystko wyglądało ok. 🙂
Dlatego czasami daję sobie prawo do kwestionowania pewnych nawyków, wyrobionych w środowisku pracy. Nie jestem zwolenniczką teorii, że wszystko ma jest jednakowo ważne i musi być zrobione „na wczoraj”. Owszem, można robić pewne wyjątki, ale tak się na dłuższą metę nie da pracować.
Przecież to my ludzie – narzucamy sobie pewne ramy działania, a system pracy jest także pewną umową społeczną. 
I na koniec jeszcze jeden cytat:

„(…)więc można być menedżerem w banku i żyć powoli…
Można. Nie trzeba od razu przeprowadzać się na wieś, hodować
ekologicznych marchewek i paść owiec. To stereotyp. Są oczywiście
ludzie, którzy wybierają taką drogę, ale slow to jest stan umysłu. To
sposób, w jaki odnosimy się do ludzi, do tego, co robimy, jak
postrzegamy czas.”

Polecam lekturę tego wywiadu, bo takich mądrych cytatów jest w nim naprawdę dużo. Warto czasem spojrzeć na znaczenie pracy zawodowej oraz sposobu jej wykonywania z innej perspektywy.

Facebook Comments

4 komentarze

  • Mam wrażenie,że tempo życia i pracy jest tak duże,
    że dzień za dniem przemija jak mgnienie oka.
    Ale czy da się zwolnić ?
    Wątpię…
    Jedni drugich nakręcają i popędzają,
    a wszystkich popędza strach przed utratą pracy.

    • Może jestem idealistką, ale wydaje mi się, że dałoby się zwolnić – tylko więcej ludzi musiałoby przeczytać ten artykuł w "WO" (szczególnie szefowie i udziałowcy firm). Zobacz, jakie jest podejście do pracy i mentalność narodów południowych. Większość z nas ocenia negatywnie ich stosunek do wielu spraw pt. "maniana" – ale czy to my, zabiegani i zajęci robieniem pieniędzy Polacy na dorobku, reprezentujemy "właściwe podejście"? A jednocześnie po cichu często zazdrościmy Włochom czy Francuzom, że potrafią cieszyć się życiem i celebrować codzienność (np. jedzenie).

  • Już kilka lat temu czytałam o tym ruchu zwalniania, slow, który zaczął się robić popularny na zachodzie. Do nas dotrze na dobre pewnie za kilka lat, jak już żarłoczny kapitalizm pochłonie kolejne pokolenie zarobionych.
    Staram się pracować tak, żeby mieć i satysfakcję i poczucie spełnienia zawodowego, ale także żeby znajdować czas na moje mniejsze i większe przyjemności.
    Dłuższe okresy intensywnej pracy zawsze staram się przeplatać okresami odpoczynku, a kiedy czuję się bliska wypalenia zawodowego (zdarza się czasem stan takiego przemęczenia, że mam prawie dość pracy), od razu podejmuję kroki w celu zwolnienia.
    Dobry pomysł z tym obserwowaniem swoich nawyków.
    Rzeczywiście w większości przypadków wcale nie musimy się aż tak spieszyć.
    Pozdrowienia!

    • Wydaje mi się, że takie podejście, o którym piszesz, jest w "duchu slow". Przecież nie chodzi o to, aby wypruwać sobie żyły i narzekać, że praca jest obciążeniem psychicznym i fizycznym (nie cierpię takiego narzekania). Nie da się pracować i żyć ciągle na wysokich obrotach. Co do spieszenia się – to najbardziej chyba odczuwają dzieci. Oglądałam ostatnio "Świat według dziecka", w którym ośmiolatka skarżyła się p. Zawadzkiej, że wszystko musi robić szybko, że jest popędzana. Rodzice tej dziewczynki byli bardzo zdziwieni i oponowali, że oni wcale od niej nie wymagają szybkiego tempa. Na co "superniania" odrzekła "Ale dziecko postrzega to subiektywnie, właśnie w taki sposób. Dlatego też ten program nazywa się tak, jak się nazywa". To także dało mi do myślenia – dorosłym wydaje się, że wykonują czynności w normalnym tempie, ale to tempo zwykle dziecko przerasta. I tego uczymy dzieci od małego, a potem i one nasiąkają nawykami.

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!