Żłobek z „misją edukacyjną”.

Dzisiaj będzie nieco mniej wesoło i bardziej refleksyjnie. I to wcale nie dlatego, że dopadła mnie jakaś zimowa depresja – śnieg wkoło wygląda magicznie, szczególnie teraz, w niebieskim świetle księżyca. Może dlatego, że pewna osoba z mojego otoczenia przeżywa obecnie ciężkie chwile z powodu nagłego i nieodwracalnego stanu zdrowia swojej matki, który może zakończyć się tylko w jeden sposób…
*****************
Odczuwam niemal fizyczny ból na myśl o tym, co czułabym na miejscu rodziców, których dzieci uczęszczały do żłobków, w o których ostatnio było głośno ze względu na karygodne praktyki.
Pamiętam doskonale dzień, w którym zdałam sobie sprawę, że żłobek, do którego chodził mój starszy synek, stał się de facto rodzajem „przechowalni”. Nawet dzisiaj, przywołując to w myśli, czuję ucisk w żołądku. Fatalnie czułam się z tym, że pracuję na cały etat, a on jest tam tyle godzin (inna sprawa, że wtedy nie „drążyłam” przepisów kodeksu pracy i nie wiedziałam, że można wrócić na część etatu – czego do dzisiaj żałuję). Żłobek był w porządku, ale w pewnym momencie jego właścicielka – notabene bardzo sympatyczna dziewczyna i mama dwójki dzieci – najwidoczniej straciła serce do prowadzenia takiej placówki. Podobno miała na oku nowy interes. Najbardziej zaangażowany w rozwój dzieci był jedynie personel – dwie przemiłe studentki, które starały się organizować dzieciom zabawy rozwojowe na bazie własnych materiałów. Zależało im na tym, aby zajmować dzieci zabawami edukacyjnymi, lecz miały mało pomocy dydaktycznych. (mój syn miał wtedy niecałe 2,5 roku, było też troje-czworo dzieci w podobnym wieku). Właścicielka nie chciała inwestować w zabawki drewniane, bo… bała się, że dzieci będą nimi rzucać i zrobią sobie krzywdę lub narobią strat w wynajmowanym przez nią domu (?). Wolała kupić bardziej „bezpieczne” zabawki. W rezultacie na parapetach siedziały rzędem pluszaki (za którymi np. mój syn do tej pory nie przepada – ma tylko swojego ukochanego misia).
Intuicyjnie czułam, że coś się zmieniło, ale szczegóły poznałam dopiero w momencie, gdy żłobek miał zostać przejęty przez kogoś innego. Na szczęście czas, który minął od mojego dyskomfortowego odkrycia do zmiany właścicielskiej, był niedługi (bodajże 2 tygodnie?). Nowe właścicielki kontaktowały się z rodzicami, informując ich o sytuacji objęcia placówki i przy okazji pytając o zadowolenie z jej usług. Gdy wdałam się w dłuższą rozmowę z jedną z właścicielek, podzieliła się ze mną swoją prywatną opinią na temat zastanego poziomu edukacyjnego placówki (bo do opieki nad dziećmi nie miały zastrzeżeń).
W efekcie zmian właścicielskich totalnie zmieniła się
koncepcja miejsca – te 30-paroletnie dziewczyny postawiły przede wszystkim na edukację i rozwój przez zabawę. Może dlatego, że obie są zwolenniczkami filozofii Montessori (dzieci jednej z nich uczęszczają do szkoły, bazującej na metodach pedagogiki Montessori). W jeden weekend „przewróciły” to miejsce „do góry nogami” – także pod względem wyglądu. Pojawiły się jasne kolory, przeniesiono sypialnię do większego pomieszczenia, z dodatkowego pokoju wygospodarowano szatnię dla dzieci (której nie było – rodzice ściskali się w przedpokoju przy przywożeniu i odbieraniu dzieci). Wystarczyło kupić parę standardowych mebelków i naklejek z IKEI, a miejsce zmieniło się nie do poznania. Myślę, że i mojemu synowi zmiany przypadły do gustu, bo czasami nie dało się do oderwać od zabawek i nasze wyjście kończyło się płaczem (chyba, że chciał się na mnie odegrać za moją nieobecność :-). Zresztą, dziwicie się – przecież taka zabawa musi być „przednia” 🙂

Jedno się tylko nie zmieniło – panie opiekunki, które z takim samym zaangażowaniem podchodziły do swojej pracy. Ponieważ parę tygodni temu napisałam do właścicielki żłobka, wiem, że jedna z nich jest tam nadal i pełni rolę szefowej personelu. Druga zrezygnowała z pracy, bo wróciła do swojego rodzinnego miasta.
W tym okresie zmian poświęciłam dużo czasu na rozmowy i korespondencję mailową z jedną z właścicielek. Było to dla mnie ważne – pewnie dlatego, że czułam wyrzuty sumienia z powodu zaistniałej sytuacji – od pytań typu „Czy mogłam coś na to poradzić?” Może trzeba było szukać innego żłobka?” aż po „A może nie powinnam pracować?”. Mimo, że mojemu dziecku nie stała się żadna krzywda moralna ani fizyczna, nie lubię powracać myślami do okresu sprzed „nowego żłobka”. Może dlatego, że czuję się wtedy, jak ta tytułowa „Zła Matka”…

Facebook Comments

2 komentarze

  • Trudne te wszystkie relacje i podejmowane decyzje, ja miałam nianię, z której byłam zmuszona zrezygnować, po tym jak zamykała starsze dziecko w pokoju, a młodsze w toalecie, sama opiekunka siadała przed Tv z krzyżówkami… to była opiekunka z polecenia

    też nie lubię wracać do tych myśli, a afery żłobkowe jakoś mnie do nich na powrót ciągną, blee

    • Małgosiu, dziękuję że podzieliłaś się na blogu swoimi osobistymi przeżyciami. Teraz już rozumiem Twój komentarz pod którymś z moich wpisów, gdzie pisałaś o tym, że opiekunki to Twój "ulubiony" temat… Z tymi myślami jest tak, że gdy wracają, to ja czuję dyskomfort – niby nic się nie stało, a jednak niesmak pozostaje…

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!