Co może szokować matki?

Dzisiaj – zamiast moich własnych wypocin – przytoczę wam oryginalną treść wymiany mailowej z moją koleżanką, która niedawno została mamą chłopczyka. Na wstępie zaznaczam, że dostałam od niej pisemną (też mailową) zgodę na opublikowanie treści.
Dlaczego tak postanowiłam? 
Uważam, że jest niezmiernie istotne, abyśmy my – kobiety w rolach mam (i nie tylko) – pamiętały o tym, jak traktujemy siebie nawzajem.
Przechodząc do sedna sprawy (w końcu to „moje sedno” 🙂 – wszystko zaczęło się od mojej odpowiedzi na jej mail ze zdjęciami synka. Odpisałam, chwaląc jej szczęście, słodkość dziecka oraz jego śliczne imię.
W odpowiedzi – z lekkim zdumieniem (w sumie nie tego się spodziewałam) – przeczytałam: „(…) bardzo dziękuje za miłe słowa i bardzo mi miło, ze podoba Ci się imię mojego
synka, wiele osób szokuje nie wiadomo czemu i ciężko im się pogodzić z takim
wyborem :)” 

Imię – jak dla mnie – nie jest specjalnie szokujące. Czy szokuje was Leon?
Teraz ja przejęłam pałeczkę i wystosowałam takie oto słowa otuchy: „Nie przejmuj się gadaniem innych ludzi. Niezmiennie dziwi
mnie, jak inne osoby (w tym matki) potrafią „podcinać skrzydełka” ludziom (w tym
innym matkom), cieszącym się swoim szczęściem…
Widać na zdjęciach i po tym, że napisałaś do nas mail, że
jesteś szczęśliwą mamą w szczęśliwej rodzinie i to jest najważniejsze (jak dla
mnie).”

Koleżanka pisze do mnie: „Wiesz, mimo, że już jakiś czas temu zrozumiałam, że żyję dla siebie, a nie
dla innych i że imię mojego syna ma się podobać mi i może jeszcze mojemu mężowi,
to i tak daję się czasami zaskoczyć reakcjom ludzkim. Ale nie dotyka mnie to,
raczej właśnie dziwi, bo mnie nie przyszłoby do głowy krytykować takich kwestii,
ani nawet komentować. (…) Pół biedy
jak są to obcy ludzie, ale nie uwierzysz od ilu koleżanek usłyszałam już wyrzut
i krzywe komentarze, jak tylko zobaczyły, że mama i teściowa czasem mi
pomagają… A ja i tak się cieszę, że są przy mnie, że spędzają czas z synkiem,
bo na końcu to będzie procentowało, a nie głupie docinki i zazdrosne spojrzenia.” 

Zauważcie, że – oprócz kwestii imienia – pojawił się tu inny problem: zaangażowanie kobiet z rodziny w opiekę na dzieckiem. Widocznie niektóre z nas mają problem z tym, że inne mogą liczyć na zainteresowanie i pomoc ze strony swoich mam czy teściowych.
Cytując dalej słowa koleżanki: „Ja uważam, ze relacje rodzinne są jednym z najważniejszych elementów poczucia
bezpieczeństwa – uczucia bez którego nie ma szans na wychowanie wartościowego,
mądrego, normalnego człowieka. Dlatego nie będę rezygnowała z pomocy i bliskości
naszych mam, choćby miało się to nie podobać całemu Światu. w tej kwestii nie będę się upierać „ja sama”.

Myślę, że jest to bardzo mądre podsumowanie i nie wymaga z mojej strony dalszego komentarza. Może oprócz takiego, że to, co napisała moja koleżanka, przypomina mi fragmenty „Złej Matki” (o której już pisałam na blogu).

Facebook Comments

6 komentarzy

  • Oczywiście, że ważne jest wsparcie rodziny w wychowaniu dziecka. Przecież dzisiaj w "prymitywnych" plemionach dzieci są wychowywane, pilnowane przez całe plemię. A my niby bardziej "cywilizowani" zamykamy się w czterech ścianach z dala od rodziny.
    A z drugiej strony relacje rodzinne bywają różne. My bardzo chcemy aby nasze dzieci miały dobry kontakt z rodziną, z babciami, nawet prababciami (bo dwie jeszcze żyją), ale czasem ta druga strona zawodzi… Moja mama na przykład za bardzo chce wszystko kontrolować i czasem zachowuje się tak jakby to ona była matką moich dzieci. Zupełne pomylenie roli. A gdy jej na to nie pozwalamy "obraża się", robi się oschła, czuć, że coś jest nie tak 🙁 Przykro mi bardzo z tego powodu. Relacje rodzinne i dogadywanie się w rodzinie to jedna z najtrudniejszych i zarazem najważniejszych spraw w życiu.

    • Dag, ja też zetknęłam się z nieco innym podejściem starszego pokolenia. Ale myślę, że to wynika z tego, że my mamy ten komfort nieco innego, może bardziej świadomego i zaangażowanego podejścia. Nasi rodzice musieli walczyć o byt, nie mówiąc już o ich rodzicach (a naszych dziadkach). My mamy ten przywilej, że możemy skupić się na relacjach w rodzinie. Oczywiście, nie wszyscy mogą (choćby ze względu na sytuację materialną – część osób musi utrzymać rodzinę i np. ciągnąć 2 etaty) i nie wszyscy chcą. A podobno najtrudniejsze relacje to te między matką a córką…

  • A mnie od pewnego czasu już nic nie dziwi – po prostu społeczeństwo nam schamiało. Kiedyś nikt nie dyskutował o czyimś guście- jest nawet takie powiedzenie – "o guście się nie dyskutuje". Jeśli nas dziwi czyjś wybór ( ubioru, imienia dla dziecka, wybór męża) to nie należy tego krytykować, można co najwyżej, jeśli jest się w zażyłych stosunkach, dopytać się ":dlaczego". Ale naprawdę każdy wybór, który nie szkodzi innym, należy uszanować. Gdybyś Ty wiedziała co usłyszałam od moich kuzynek i od przyjaciółki (którą znam dłużej niż własnego męża) gdy dowiedziały się, że mój zięć jest Niemcem, to pewnie byś padła ze zdziwienia i zgorszenia.
    Miłego, 😉

    • Zastanawiam się, czy jest to tylko schamienie, o którym piszesz. Mam wrażenie, że wiele osób ma potrzebę manifestowania swoich poglądów w wyrazisty sposób i publicznie – bo jest to taki styl ("mam swoje zdanie na każdy temat i nie boję się go uzewnętrzniać"). Jest to postawa, promowana w mediach – np. krytykowanie się nawzajem przez gwiazdki tzw. :szołbizu". Postawiłabym tezę, że potrzeba wyrażenia samego siebie (poprzez np. krytykę innych) góruje nad bardziej ogólnym dobrem: relacji międzyludzkich. Mamy więc swoisty "konsumpcjonizm poglądów" – tak, jak chcemy wyrazić siebie poprzez posiadane rzeczy, tak możemy chcieć wyrażać siebie poprzez wygłaszane opinie. Z drugiej strony w ten sposób ludzie także leczą swoje kompleksy, które wychodzą na jaw, gdy robi nie musimy już "walczyć o przetrwanie", ale konsumować swój względny dobrobyt. Zgodzisz się z tymi tezami?

  • O ludzie, nie wierzę, że ktoś może krytykować jakie imię rodzice wybierają swojemu dziecku. Tym bardziej, że Leon to ładne, normalne imię, i jak ładnie do Leosia można zdrobnić 🙂
    No a Ci, którym pomoc rodziny się nie podoba to z zazdrości chyba krytykują. Taka pomoc jest potrzebna nawet dla zdrowia psychicznego- matka też od czasu do czasu może mieć czas dla siebie i nie myśleć wtedy, co dzieje się z dzieckiem. Oczywiste jest dla mnie, że jak zostawiam synka z babcią, osobą zaufaną to jestem spokojniejsza niż gdybym zostawiała je z nianią.
    I nie wyobrażam też sobie przetrwania pierwszych dni po porodzie bez pomocy przy dziecku- a czyja lepsza, jak nie mamy/teściowej? Nie każdy facet od pierwszej chwili nie ma obaw przed wykąpaniem, czy przewinięciem dziecka, babcia wtedy najlepiej się sprawdza 🙂

    • Cieszy mnie kolejny głos rozsądku pod tym wpisem. Zastanawiam się, skąd bierze się to przekonanie, że musimy sobie radzić same. Ja też je kultywowałam, zajmując się sama dziećmi. Inna sprawa jest taka, że najlepiej czułam się zawsze w swoich kątach, więc nawet w trakcie macierzyńskiego nie wyjeżdżałam do rodziców czy teściów z dziećmi. Mąż nie "wywoził" mnie na wakacje, bo ja też nie miałam takiej potrzeby. Ale taka samodzielność dzieje się kosztem więzi emocjonalnych – to jest druga strona medalu.

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!