„Drogówka” rozjechała mnie jak walec

Miały być zdjęcia  wakacji w Puglii, a wyszło…inaczej. 🙂
No to…jedziemy!
Po prostu jestem „na świeżo” po obejrzeniu kolejnego filmu Smarzowskiego – dzięki dobrodziejstwu wypożyczalni filmów na żądanie. Piszę o dobrodziejstwie, bo VOD to z mojego punktu widzenia najlepsze przydatne narzędzie – nie muszę kupować filmów (ze zgrozą myślę o tym, gdzie miałabym je składować) ani śledzić premier kinowych (co moim przypadku od razu odpada – w ciągu ostatnich 2 lat jedyne filmy, które widziałam w krótkim odstępie czasu po premierach to: „Zakochani w Rzymie”, „Żelazna Dama” i ostatnio „Blue Jasmine”).
O „Drogówce” napiszę krótko: kolejny film, który powoduje, że czuję się po nim, jakbym dostała w mordę – użycie tych konkretnych słów w tym kontekście ich niezbędne do odzwierciedlenia mojego stanu (jest takie świetne określenie angielskie „gobsmacked”, które mi pasuje do opisania takich wrażeń).
Smarzowski zrobił film, w którym w jednym miejscu kumulują się wszystkie złe cechy ludzi (dlatego też można powiedzieć, że jest „przerysowany”). Nie pokusiłabym się jednak nie opinię, że film ten szkaluje w głównej mierze policję. Myślę, że na obraz trzeba patrzeć w tzw. „szerokim kontekście”. Jeśli tak na to spojrzymy, uwagę przykuwają także postacie drugoplanowe, które pojawiają się od czasu do czasu w teledyskowych „migawkach” jako sprawcy wypadków. Jeżdżąc po alkoholu, zasłaniają się argumentami typu „jestem ordynatorem / jestem prokuratorem / jestem posłem i nic mi nie zrobicie…”. Biorąc pod uwagę te osobliwe okoliczności, w jakich pracują policjanci, nie jestem skłonna „potępić ich w czambuł”. Wręcz przeciwnie, zupełnie po ludzku nawet im współczuję i cieszę się, że nie mam takiej pracy.
Co do walorów filmu – jako odbiorcy podoba mi się, jak został poprowadzony. Początkowo myślałam, że będzie to seria „migawek”, a film będzie polegać na przedstawieniu „wycinków” rzeczywistości – taka, „narracja teledyskowa”. I nagle…zwrot. Nagle zawiązuje się intryga i wskakujemy w śledztwo. O tym, jak wciągnął mnie film, niech świadczy moment, w którym obraz się zatrzymał i nie chciał przewinąć dalej – pomyślałam sobie „jak to? ja chcę wiedzieć, co jest dalej!!! dalej, dalej, przewijaj się!!!”. 
Świat polskiej „Drogówki” jest – pomimo świateł wielkiego miasta – przaśny, chamski i prosty. Nie chcę zdradzać szczegółów tym, którzy nie oglądali, ale nawet przedostania scena to właśnie wyraz tego. Ostatecznym rozwiązaniem okazuje się siermiężny pojazd – żaden z niego symbol wyrafinowanej intrygi. Wzmocnieniem tego obrazu są słowa, wypowiadane przez jedną z osób, uczestniczącą w całej akcji – „ziemniaki” jako element listy zakupów. 
Koniec filmu wywołał u mnie skojarzenia z „Domem Złym” – może dlatego,
że Bartłomiej Topa był milicjantem i jego historia kończyła się
podobnie (piszę „kończyła”, nie „skończyła”). Właśnie zajrzałam do google i na temat ostatniej sceny toczą się dyskusje…rzeczywiście, ta scena daje do myślenia…
Po drugie: okazało się, że dla reżysera „nie jest to film o policjantach, tylko o ludziach”. Właśnie obejrzałam wypowiedź na temat filmu. Dokładnie tak to odbieram.

Facebook Comments

4 komentarze

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!