„Różyczka” – nie choroba

Ten film oglądałam 2 dni temu, ale obrazy ciągle stają mi przed oczami. To kolejny film w ciągu ostatnich paru miesięcy, który mocno mnie poruszył. „Różyczka” – bo o nią chodzi – choć oglądana bardzo późno i z perspektywą niedospanej nocy, trzymała mnie w napięciu tak, ze byłam wręcz rozżalona, gdy minęły 2 godziny emisji.
Dziś nie wiem, czy bardziej zadziałały na moje emocje wspaniałe – jak dla mnie – bliskie i kameralne obrazy, wzmocnione muzyką czy też opowiedziana historia. Obrazy, bo czułam się blisko bohaterów – ujęcia w mieszkaniach, kawiarniach, raczej bliskie niż dalsze plany i sposób kadrowania postaci. Może też fakt, że czasy nie tak bardzo odległe, choć dekadę przede mną?
Teraz myślę, że wciągnęła mnie nawet nie historia, ile przedstawione postacie, których zachowania trudno było mi zrozumieć (chyba łatwiej z racjonalnego niż emocjonalnego punktu widzenia). Przez cały film, a także po tym, gdy wybrzmiały ostatnie takty muzyki, nadal zastanawiałam się nad motywacją każdego z trójki bohaterów. Czy Ona – dziewczyna z sierocińca, prowadziła podwójne życie z głębokiej potrzeby przynależenia do kogoś, kto nada sens jej egzystencji? Czy po prostu zanęciło ją nadane jej poczucie znaczenia, przełożenie na jakieś działania, decyzje? A On – czy to prymitywny funkcjonariusz państwowego aparatu bez uczuć czy też osoba, chcąca jedynie ukryć swoją tajemnicę i człowiek motywowany rzeczywistą miłością? Ten Starszy On – chyba najłatwiej go zrozumieć, a może to tylko stereotypowe myślenie „to jasne, że stracił głowę dla młodej, ponętnej dziewczyny”? Losy tej trójki są tak ciasno ze sobą splątane, że jedna decyzja wpływa na cały układ, ich przedziwny ekosystem.
Po cichu liczyłam na jakiś „happy end”. Ale w tamtych czasach, w tamtej sytuacji pewnie byłaby to tylko imperialistyczna zachcianka…

Facebook Comments

2 komentarze

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!