Odkrywanie relacji ojciec-córki.

Wróciłam z wakacyjnego wyjazdu. Było upalnie, beztrosko i bardzo smacznie (lekkostrawnie).
A najważniejsze – było „tu i teraz”.
Nie wybiegałam myślami w przyszłość.
Dlatego nie napisałam nic na blogu.
Zapomniałam o rzeczach, które mam do zrobienia – zawodowo i prywatnie.
Z jednej strony było to łatwe, bo dwóch chłopców nad morzem wystarczająco absorbuje uwagę. 🙂
Zapytacie, dlaczego miałoby to być trudne? Od kiedy pracuję na własny rachunek, w czasie poza wyznaczonymi godzinami pracy wpadają mi do głowy (nieproszone) myśli o projektach, spontaniczne skojarzenia czy nowe pomysły.

Myślami byłam w teraźniejszości. Tylko wieczorami odbywałam podróż w przeszłość. To za sprawą książki Melchiora Wańkowicza „Ziele na kraterze”.
Nie pamiętam, abym czytała tę lekturę w szkole. Myślę, że – gdybym ją czytała – byłaby dla mnie wtedy po prostu jedną z obowiązkowych publikacji do zaliczenia.

Wydanie książki, którą dostałam w prezencie, poprzedzone było wstępem. Zaczęłam go czytać, ale ten tekst szybko mnie znudził. Gdybym miała przebrnąć przez całość, z pewnością odłożyłabym książkę na półkę.
Wolałam zapoznać się z tym, co chce mi powiedzieć autor.
I to była najlepsza decyzja (choć w głowie pojawiał się głos prymuski – jak możesz? powinnaś przeczytać wszystko). 


Urzekło mnie to, jak pięknie i z wielkim uczuciem ojciec opisuje córki – ich dzieciństwo, język, ważne wydarzenia i codzienne sytuacje. Jestem pod wrażeniem, jak wiele rzeczy zapisał w pamięci i książce. Zaimponowało mi bogactwo określeń tych dwóch osóbek – maleńtasów, szkrabów czy ociupin, nie wspominając o innych pseudonimach dziewczynek. Ten czuły język pokazuje, jakim uczuciem je darzył.

Druga rzecz, która mnie uwiodła, to język. Niesamowite poczucie humoru autora, który ma do siebie dystans – bardzo często opisuje siebie w trzeciej formie osobowej. Chętnie dzieli się wieloma anegdotami, przekazując je w niepowtarzających się i zupełnie nowych słowach. Wielokrotnie wybuchałam śmiechem, czytając opisy psot Kinga (autora), drobne drwinki (choć podszyte miłością) z Królika (żony) lub sentencje, wypowiadane przez jego córki ze śmiertelną powagą.

Autor zarzucił wędkę, a ja chętnie połknęłam haczyk. Dlaczego? Po pierwsze: kiedyś byłam dzieckiem. Po drugie: mam małe (jeszcze) dzieci. Po trzecie: okazjonalnie prowadzę zapiski z ich dzieciństwa – chciałabym, aby kiedyś mogli przeczytać coś zabawnego lub wzruszającego na temat swojej rodziny.

Myślę, że ta książka dla M.W. była ważnym projektem życiowym – odnosząc to do współczesnych kategorii.
Dla mnie to zachwycający przykład odkrywania relacji ojciec-córki. Odkrywania dzięki pisaniu. Ono wydobyło te wszystkie wspomnienia i uczucia, które miał w sobie. Mnie wydają się bardzo naturalne i bezpretensjonalne.

Na pewno niedługo przeczytam inną książkę tego autora. Jestem ciekawa zapisków z jego wyprawy kajakowej z młodszą córką.
Może uda mi się ją kupić nawet jutro? 🙂

  • DD

    No, no…. Ty to umiesz zachęcić człowieka!

    • Cieszę się, że Ci się spodobało. Zachęcam, bo czuję, że to ważna dla mnie książka.

  • Bardzo zachęcająca recenzja. Zwłaszcza,że ja też byłam dzieckiem i miałam ojca 🙂

    • Elu, dziękuję Ci za komentarz. Właśnie – to przywilej, którego nie wszyscy mogą doświadczyć. Czytając tę książkę, cały czas myślałam "co to był za ojciec!"