Inna szkoła

W szkole podstawowej uczęszczałam do państwowej szkoły muzycznej 1 stopnia w mieście, które liczyło sobie wówczas mniej niż 50 tysięcy mieszkańców.

Wspominam to doświadczenie raczej przyjemnie, choć bywałam zniechęcona i wkurzona. Najczęściej wiosną, latem i wczesną jesienią – gdy po szkole koleżanki bawiły się na zewnątrz. Nie piszę „na podwórku”, bo mieszkałam na jednym z zakładowych osiedli domków jednorodzinnych, a zwrot „na ulicy” brzmi trochę dziwnie w kontekście dziewczynek.

Wracając do tematu tejże szkoły – zajęcia odbywały się co najmniej trzy razy w tygodniu i obejmowały: lekcję gry na fortepianie, zajęcia z chóru, zajęcia z umuzykalnienia (tak się to wtedy nazywało).
Lubiłam moją nauczycielkę gry na fortepianie. Lubiłam zajęcia grupowe (chór, umuzykalnienie), bo miałam tam swoje koleżanki – inne niż te ze szkoły podstawowej.
Z tremą nie miałam problemu. Nie pamiętam, abym szczególnie denerwowała się przed przesłuchaniami, jak niektóre koleżanki.
Z jedynego koncertu pozaszkolnego, w którym brałam udział – odbywał się w Olsztynie (chyba w tamtejszej szkole muzycznej) – pamiętam nie tremę, ale za…ciasne buty.
Długo szukałyśmy z mamą w sklepach odpowiednich czarnych pantofli – w latach 80. nie było to łatwe. W końcu znalazłyśmy je chyba w butiku niedaleko ówczesnego budynku szkoły muzycznej. Był to najlepszy model, jaki mogłyśmy dostać w moim mieście, więc przełknęłam fakt, że były za małe (pewnie o cały numer). Do tej pory mam ich obraz przed oczami – czarne ze zwężanym czubkiem i ciemnozielonymi zdobieniami (za dużo powiedziane!) przy palcach. Jeden z tych „topornych” w wyglądzie i niewygodnych w noszeniu wyrobów polskiego przemysłu obuwniczego. To, że były zwężane, pogarszało sprawę przy moich „uwarunkowaniach” stóp.

Czemu zebrało mi się na takie wspominki i piszę właśnie o szkole muzycznej?

W zeszłym tygodniu uczestniczyłam w zajęciach z rytmiki i kształcenia słuchu w szkole muzycznej, do której chodzi StarszyMi.
Lubię przychodzić do tej szkoły. Dlatego, że panuje w niej całkiem inna atmosfera niż w „podstawówce”.
Nie chodzi tylko o to, ze w sekretariacie słychać stłumione odgłosy różnych instrumentów – dobiegają zza zamkniętych drzwi pokoi.
Przyjemnie patrzy się na dzieci, które tam przychodzą. Są bardziej radosne i wyluzowane. Nie czuć takiego napięcia, jakie towarzyszy tradycyjnej szkole – tak to odbieram.
To jest mój ogląd rzeczywistości. Pewnie dzieci przeżywają różne emocje – także zniechęcenie
i „przytłoczenie” tym obowiązkiem (zajęcia są także trzy razy w tygodniu i to zawsze popołudniami).
Oczywiście, my także przez to przechodziliśmy. W zeszłym semestrze, gdy zaczęły się bardziej skomplikowane rzeczy – czytanie nut, wartości rytmiczne – słyszałam „nie chcę iść na muzykę”. Ale na razie to przeszło i oby szybko nie wróciło. Choć jest coraz trudniej – utwory na dwie ręce i coraz szybsza nauka ich na pamięć plus regularne audycje i koncerty w szkole, w których dzieci uczestniczą już od 1. klasy.

A granie na pianinie zostało mi do dziś. Przyjemność sprawia mi, gdy mogę zasiąść do instrumentu i  „wyciąć” siarczyście mazurek Chopina.

Facebook Comments

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!