Autorytety – jakie są Twoje?

Autorytety – parę lat temu rozmyślałam o tym, że chyba nie ma ich w moim życiu. Do czasu, gdy usłyszałam to zdanie: „Ile jeszcze książek innych ludzi musisz przeczytać, żeby wreszcie uwierzyć w siebie i w to, że masz coś ciekawego do powiedzenia?”

Takimi słowami zwrócił się kiedyś do mnie znajomy trener.

Tym ważnym pytaniem trafił w sedno. Wiele ze mną rozmawiał w obliczu planowanej przeze mnie zmiany zawodowej. Widział, na czym mi zależy
i do czego „mam serce”
. Jednocześnie trafnie zauważył, jak traktuję siebie
i swoje umiejętności.

Przez większość swojego dorosłego życia uważałam, że muszę się jeszcze czegoś nauczyć, douczyć. Zrobić kolejny kurs, studia, otrzymać dyplom.

Po co? Aby mieć zewnętrzny, obiektywny dowód, że faktycznie coś umiem.
(Zauważ, co jest efektem takiego podejścia – moje przekonanie na ten temat schodzi na drugi plan i zupełnie się nie liczy).

Tak naprawdę to były moje zewnętrzne autorytety – nie konkretni ludzie, ale „trofea”. 

Z nieskrywanym uznaniem patrzyłam na osiągnięcia zawodowe innych ludzi. Teraz jest to łatwe – informacje o wykształceniu, doświadczeniu czy edukacji ludzi można znaleźć chociażby na ich profilach w mediach społecznościowych.
Mój znajomy zauważył to podczas rozmowy i stąd wynikła jego – bardzo słuszna – uwaga. Wzięłam ją sobie głęboko do serca.

Jeśli chodzi o autorytety, to nasuwa mi się skojarzenie z eksperymentem Stanleya Miligrama ze słynnym białym fartuchem. Biały fartuch oznacza autorytet – kogoś, kogo trzeba słuchać. Nawet, jeśli jest tylko podstawioną osobą – uczestnikiem eksperymentu (czego nie są świadomi inni jego uczestnicy).
Okazuje się, że nawet w kardiologii występuje „efekt białego fartucha„. To zdarza się, gdy pacjent ma wyższe ciśnienie w gabinecie lekarskim niż
w warunkach domowych 🙂

Nie muszę odwoływać się do psychologii lub szukać przykładów z innych dziedzin. Pewnie i Ty wiesz, o co chodzi. Czy to „parcie” na kolejne testy, dyplomy, odznaczenia kojarzy Ci się z systemem edukacji i szkolnictwa? Bo  mnie od razu przyszło to do głowy.

To szkolne podejście owocuje późniejszymi przekonaniami, które kultywujemy w pracy i życiu. Przyznaj, że prędzej uwierzysz trenerowi, który ma dorobek w postaci tytułu, certyfikatu, dyplomu studiów niż komuś, kto nie dysponuje takim „arsenałem”.

Dlaczego o tym piszę?

Jeśli chcesz poznać swoje sedno, przed Tobą wiele procesów myślowych, wniosków i chęci zmiany.
Gdy ciągle widzisz swoje niedoskonałości i braki, będzie Ci to utrudniać podejmowanie zdecydowanych i konkretnych działań. Szczególnie, jeśli planujesz zmianę, która wiąże się z Twoją pracą i będzie oznaczać duży zwrot zawodowy.
Pamiętaj, że nie pomaga też porównywanie się do innych, ale o tym wspomnę już w innym wpisie…

Własne doświadczenie podpowiada mi, że w procesie poszukiwania sedna uczciwie (wobec siebie) oceń:

  • co umiesz
  • w czym czujesz się dobrze
  • nad czym jeszcze chcesz popracować.

Planując działania, skup się na dwóch pierwszych punktach. Dzięki swoim mocnym stronom będziesz w stanie ruszyć z miejsca.

W pewnym momencie zrobiłam taką analizę dla siebie i…zaczęłam prowadzić ten blog 🙂

Facebook Comments

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!