wakacje-dla-dzieci

Wakacje dla dzieci czy dla nas? Jak sądzisz?

Dlaczego stawiam takie pytanie w tytule?

Po pierwsze – są wakacje. Wakacje są dla dzieci i dla rodziców. A dla kogo bardziej? Właśnie bardzo pasuje mi, aby napisać o czymś, o czym myślałam już w zeszłym roku 🙂
Po drugie – chcę podzielić się z Tobą moimi doświadczeniami. Tym razem dotyczą one różnic w podejściu rodziców i dzieci.

Moje oczekiwania i potrzeby odnośnie do wakacyjnego odpoczynku zmieniają się z wiekiem dzieci. Gdy chłopcy byli 2-3 lata młodsi, wiedziałam, że na wakacjach będę potrzebna głównie im. Jadąc na urlop, nie zakładam, że będę mieć święty spokój, czyli np. będę leżeć na leżaku z książką. Wiedziałam, że będę zaabsorbowana moimi maluchami 🙂

wakacje-dla-dzieci-moje-sedno
Mój młodszy syn na plaży 4 lata temu 🙂

Teraz dzieci są starsze i mam więcej czasu na własne przyjemności. Lub inaczej – poświęcam mniej czasu na obowiązki związane z pielęgnacją, karmieniem, pojeniem, zabawą itp. Nie czuję się zobowiązana, aby wszędzie za nimi biegać i kontrolować, co robią. Mogę to robić z dalszej odległości. Dzięki temu mogę trochę poleżeć na tym przysłowiowym leżaku – symbolu wakacyjnego odpoczynku. Dzieci zaczynają się pomału od nas oddalać – fizycznie i mentalnie – mają swoje towarzystwo i sprawy.

Kwestia zaangażowania w czas zabawy jest dla mnie ważna. Co jakiś czas
o tym myślę. W wakacje zadaję sobie to pytanie częściej, bo więcej czasu spędzamy razem.

Temat tego wpisu był też myślą przewodnią pewnego opowiadania z „Wielkiej Księgi Basi”. W części zatytułowanej „lato” znalazła się historia o wakacjach nad morzem. Moi chłopcy zaśmiewali się z perypetii Taty Basi, który musiał dać sobie radę ze swoimi dziećmi na plaży. Mnie zaciekawiło coś innego – rozbieżne oczekiwania rodziców i dzieci. Tata założył, że w wakacje będzie leniuchować, odpoczywać, spać i czytać książkę na plaży. Basia miała swoje plany co do wspólnego czasu, a obejmowały one m.in. budowanie zamków z piasku, kąpiel w morzu, ganianie się po plaży, piknik na kocu itp. Opowiadanie kończyło się konstatacją Taty, która brzmiała mniej-więcej tak „Zapomniałem, że wakacje mogą być takie męczące” 🙂

Wakacje w moim wpisie są pretekstem do rozwinięcia myśli w szerszym kontekście. Chodzi o zagadnienie pt. na ile zaangażować się w zabawianie dziecka.

Mnie najbardziej intrygują dwie skrajne postawy.

  • Nadmierne organizowanie dziecku czasu zabawy – rodzic czuje się do tego zobowiązany lub czuje się źle, jeśli tego nie robi.
  • Obojętność wobec zabaw dzieci – rodzic najchętniej usiadłby gdzieś z trunkiem czy gazetą, bo chce mieć wreszcie przysłowiowy „święty spokój”.

Między nimi jest trzecie podejście, czyli mieszanka obu powyższych.

Jak to wygląda u mnie? To zależy od różnych czynników. Zwykle balansuję na granicy, aby nie przeważać jednej lub drugiej strony. Oczywiście, czasami mi się to nie udaje i wtedy przechylam się w jedną lub drugą stronę – w zależności od tego, co działo się w ciągu dnia i jak się z tym czuję.

Jakiś czas temu zaczęłam częściej zachęcać moich chłopców do wspólnej zabawy.
Stało się tak, gdy odpowiedziałam sobie na poniższe pytania:

  • co się stanie, jeśli to ja wezmę na siebie organizację zabawy,
  • jakie będą skutki, jeśli to sobie „odpuszczę”.

Dzieci potrzebują mojego zaangażowania i uwagi. Jeśli każde z nich wymaga, bym była animatorem zabawy, nie mają okazji, żeby stworzyć relację ze sobą.
Już nie wspomnę o tym, że ja jestem sfrustrowana – nie mogę się rozdzielić, aby spełnić oczekiwania dwójki dzieci w tym samym czasie.

Może ten wpis pomoże Ci odpowiedzieć na podobne pytania. Może właśnie szukacie balansu między potrzebą własnego relaksu i dawania uwagi dzieciom?

Pozdrawiam wakacyjnie!

PS. Jeśli interesuje Cię kwestia spędzania czasu z dzieckiem i wspólnych zabaw, możesz też poszukać innych źródeł informacji. Ja znalazłam m.in. wpis na temat „dlaczego i jak spędzać czas z dzieckiem„.