moje-sedno-jesienna-melancholia

Jesienna melancholia – okazja do przemyśleń

Lekka jesienna melancholia – ja ją lubię. Dlaczego? Bo sprzyja praktykowaniu tzw. uważności, czyli mindfulness. Obserwuję, jak zmienia się otoczenie za oknem. Las staje się bardziej przerzedzony, na trawie zalegają liście. A za chwilę już ich nie będzie. Ba, dwa dni temu nawet leżał śnieg!

Tak, melancholia jest mi znana – jestem takim typem. Moja introwertyczna osobowość daje o sobie znać szczególnie, gdy dzień przechodzi w zmierzch.

Pracuję na własny rachunek, więc odczuwam czasami napięcie i niepokój pt. „co będzie”. Czasami mam za dużo pomysłów i nie wiem, na czym się skoncentrować. Dlatego pomaga mi, gdy od czasu do czasu jesień „postawi mnie do pionu”. Jest coś takiego w jesiennym powietrzu, co mnie koi. Świadomość przemijania i odnawiania powoduje, że potencjalne problemy wydają mi się mniej znaczące, gdy pomyślę, że na świecie panuje określony porządek rzeczy – przemijanie i odradzanie. W tym kontekście myślę o kojeniu.

moje-sedno-jesienna-melancholia

Dużo osób narzeka na pogodę „pod psem”. Mnie jesienna aura ze ścianą mgiełki i mżawką nie przeszkadza. Ktoś może powiedzieć, że to dlatego, że nie muszę codziennie ruszać się z domu. Na pewno lepiej mi się też pracuje, gdy za oknem pogoda niezachęcająca do wyjścia. Nawet, gdy muszę wyjść na zewnątrz, lubię wrócić i schronić się w domu. Poza tym uwielbiam wypić wtedy herbatę z imbirem, cytryną i miodem.

Akceptuję jesienne spowolnienie i nawet lekki spadek energii.  Chociaż – paradoksalnie – ostatnio mam jej trochę więcej. Mam też więcej pomysłów i zapału do pracy, bo lato mnie rozleniwiło (upały, wyjazdy, obecność dzieci w domu w ciągu dnia).

Nie „staję w poprzek” jesieni, ale raczej towarzyszę jej „ramię w ramię”. Gdy czuję się zmęczona, pracuję lżej. Gdy chce mi się spać, kładę się wcześniej. Nie wymagam od swojego organizmu więcej niż jest w stanie mi dać. „Odpuszczam” lub przeczekuję, jeśli nie mogę czegoś „przeskoczyć”.

Co do pogody – już dawno przestałam na nią narzekać. Gdy ktoś mówi, że jest okropna, nie oponuję, ale to zdanie raczej płynie obok mnie, niż we mnie wnika. Akceptuję ją z kolejnymi etapami – od słonecznych wrześniowych dni z przepięknym i ciepłym światłem, po wczesne grudniowe wieczory.

Znam jedną osobę, która lubi listopad. To mój starszy syn, który urodził się właśnie w tym miesiącu. Może dzięki temu wydarzeniu jesień także nie kojarzy mi się z czymś uciążliwym.