Dzieci nas motywują. Czy im za to dziękujemy?

Dzieci potrafią „dać w kość” – przede wszystkim w czasie wakacji, bo ciągle czegoś chcą. Nie dla nich spokojne wylegiwanie się na leżaku lub delektowanie się wyszukanym posiłkiem na tarasie przyjemnie zaaranżowanej restauracji z pięknym widokiem na jezioro lub łąkę. Dzieci są zainteresowane przede wszystkim tym, żeby „coś się działo”. A żeby „się działo”, potrzebny jest ruch, nie spokój. Bezruch jest naturalnym wrogiem dziecka, a jednocześnie wytęsknionym (choć najczęściej nieosiągalnym) stanem dla wielu rodziców – tych, którzy lubią umiarkowany poziom aktywności 🙂
(Jeśli interesuje Cię temat dzieci i wakacji, w zeszłym roku zastanawiałam się nad tym, dla kogo są wakacje – dla dzieci czy dla nas?)

Są też dobre strony tego, że dzieci chcą się ruszać. Często doceniamy je po czasie – dobrze, jeśli już w trakcie trwania czynności.

Brzmi dziwnie? Już piszę, o co mi chodzi 🙂

W czerwcu mieliśmy przyjemność spotkać się ze znajomymi, którzy mieszkają w Warszawie, w przytulnej części Powiśla. Nasze dzieci pobiegły (ruch!) grać w piłkę na pobliskie boisko szkolne, a my rozkoszowaliśmy się ciszą, kawą pitą na tarasie w malutkim ogródku oraz perspektywą nadchodzących wakacji.

Rozmawialiśmy na wiele tematów. Większość rozmowy zdominowały kwestie dzieci, ponieważ mamy synów w trochę podobnym wieku. Ciesząc się, że przez najbliższe dwa miesiące nie będziemy zaprzężeni w „domową machinę zajęć”, omawialiśmy kwestie związane z organizacją życia codziennego. Częścią naszego życia na tym etapie jest „dostarczanie” dzieci w miejsca, w których mają zajęcia pozaszkolne. Przyznam, że nie narzekaliśmy na to za bardzo, bo – i my, i znajomi – mamy to dobrze ustalone.

W pewnym momencie kolega wspomniał o pewnej sytuacji, w której zauważył pozytywny aspekt towarzyszenia dziecku w drodze. Pierwsze, co przychodzi Ci pewnie na myśl, to fakt, że w trakcie jazdy można z dzieckiem porozmawiać – przy założeniu, że nie jest zbyt zmęczone, a Ty masz głowę „wolną” od przemyśleń lub planowania kolejnych zadań. To też jest wartościowe – w samochodzie odbywałam wiele ciekawych rozmów z synami, ale chodzi o kwestię związaną z aktywnością  rodzica.

Przytoczę więc krótko opowieść znajomego. Pewnego razu – jadąc na rowerze na zajęcia ze swoim starszym synem – podziękował swojemu dziecku za to, że dzięki niemu ma okazję do ruchu. Wyraził to mniej-więcej tak: gdyby nie Twoje zajęcia, zapewne nie wyjąłbym roweru o tej porze. Dzięki temu, że jedziemy razem, motywujesz mnie do aktywności. Cieszę się z tego.

Są takie momenty, gdy myślisz sobie „Tak! To było coś!”. Dla mnie to była właśnie ta chwila.
Postanowiłam zapamiętać sobie tę opowieść i przypominać tę sytuację, bo jest warta wyróżnienia. Sama często „łapię się” na tym, że mam za złe (komu –  dzieciom? organizatorom?), że trzeba gdzieś dojechać lub w czymś uczestniczyć. Traktuję to jako obowiązek, konieczność, czasami może lekkie „poświęcenie” (choć bez przesady). W ten piękny czerwcowy wieczór uświadomiłam sobie (nie po raz pierwszy), że za rzadko dziękuję dzieciom, za to że – dzięki ich pomysłom czy inicjatywom – otwierają się przede mną nowe okazje. Mam szansę zmienić otoczenie, poznać nowych ludzi czy po prostu podczas wspólnej zabawy poczuć się jak dziecko.

Mam nadzieję, że będę o tym pamiętać – szczególnie w nadchodzącym coraz prędzej nowym roku szkolnym 😉