deadline-moje-sedno

Deadline – czy dobrze z niego korzystamy?

Deadline…angielskie słowo, które na początku było obecne głównie w firmach międzynarodowych, na trwałe zakorzeniło się w języku polskiego biznesu.

Pod koniec lat 90. pracowałam przez prawie 2 lata w małej agencji reklamowej i doskonale wiem, co to dla mnie oznaczało – przede wszystkim napięcie i stres. Stres mnie nie motywuje, więc „wyśrubowane” terminy wspominam jako dyskomfortowy aspekt tej pracy. To moje zdanie, bo innym osobom w branży reklamowej może odpowiadać to, że dużo się dzieje i trzeba być „na wysokich obrotach”. Szczególnie frustrowało mnie to, gdy przed urlopem lub dłuższym weekendem, w piątek okazywało się, że klient czegoś nie dopilnował i trzeba „stawać na głowie”, aby wszystko „dopiąć” zanim zamkną się drukarnie czy wydawnictwa.

deadline rządzi tobą czy ty nim?

Po kilkudziesięciu latach pracy w agencji reklamowej znalazłam się „po stronie Klienta”. Firma, w której pracowałam, zawsze była bardzo „fair” pod względem współpracy z innymi podmiotami. Dotyczyło to także warunków realizacji projektów oraz wymagań terminowych. Dość nietypowo, agencje nie były stawiane „pod ścianą”, bo coś było potrzebne na „wczoraj”. Projekty były poprzedzone briefingami, spotkaniami i planowane w czasie, który określiłabym jako „zdroworozsądkowy”. Kwestia organizacji pracy po stronie agencji czy wykonawcy była już sprawą, która zależała od niego samego.

deadline-moje-sedno

Te pozytywne doświadczenia przekonują mnie, że w biznesie warto spojrzeć krytycznie na stawiane przez siebie oczekiwania i terminy w stosunku do innych podmiotów – czy są one realne dla obu stron? Oczywiście, może zdarzyć się coś nieoczekiwanego i – parafrazując – niech pierwszy rzuci kamieniem, kto choć raz nie zapomniał o ważnym zadaniu w projekcie. Mnie też się to zdarzyło i wiem, że presja na innych wynikała z mojego własnego stresu.

Oczywiście, możecie powiedzieć, że terminy nie zależą tylko od Was – realizujecie projekty, w których zależycie od innych ludzi oraz ich ustaleń. Może być też tak, że to wykonawcy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań czasowych – wtedy wolicie ustalić termin wcześniej, zakładając pewien „zapas czasu”.

Zachęcam Was do refleksji nad dwoma kwestiami:

  • jak często tam, gdzie samodzielnie prowadzimy projekt, tworzymy presję czasową na własne życzenie,
  • czy i gdzie mamy wpływ na terminy? Czy możemy je negocjować i w jaki sposób?

Jak postrzegamy czas

Czy można żyć z mniejszą presją czasu? Z opowieści o innych kulturach czy społeczeństwach wiadomo, że można. Postrzeganie czasu to kwestia różnych czynników, m.in. mentalności ludzi.

W naszym kraju trudno jest żyć bez presji czasu. Dlaczego tak myślę? Ostatnio rozmawiałam ze znajomym, który co roku wyjeżdża z rodziną na południe Europy, do ulubionego apartamentu w małej miejscowości. Wraca zrelaksowany i z tą samą refleksją – dlaczego w Polsce jesteśmy tacy „spięci”. Chodzi o ogólny „pęd”, któremu poddajemy się na co dzień. Może mój znajomy widzi to w szczególnie wyostrzony sposób, ponieważ prowadzi firmę z branży reklamowej. W tej branży terminy są zwykle „na wczoraj”. On doskonale wie, jak przekłada się to na jego czas prywatny – wieczory czy weekendy. Co mu odpowiada na południu Europy? Jest to ta niespieszność, w której funkcjonują jej mieszkańcy. Na ich tle wyglądamy jak dziwni osobnicy, którzy zbyt skupiają się na sobie, czasie i denerwują się drobiazgami.

dealdine-blog-moje-sedno

Ten przykład do mnie przemawia. W trakcie studiów wyjechałam na wakacyjny pobyt do Hiszpanii. Zetknięcie z terminem „siesta” funkcjonującym w społeczeństwach południowej Europy było dla mnie szokiem. Nie mogłam zrozumieć, jak można zamknąć sklep lub bank w ciągu dnia. Wydawało mi się to nieodpowiedzialne w stosunku do innych osób, które w tym czasie mogą chcieć załatwić swoje sprawy. To spojrzenie osoby, która traktuje czas bardzo poważnie i przywiązuje się do jego dokładnego upływu. Podobne przemyślenia mają podróżnicy, którzy konfrontują nasze europejskie podejście do czasu (choć też niejednolite) z kulturami Wschodu.

Marzy mi się, żebyśmy w biznesie także dopuszczali bardziej elastyczne podejście do terminów.
Co mam na myśli?
Chodzi mi o to, aby:

  • jak najczęściej planować projekty z odpowiednim wyprzedzeniem, a nie „na ostatnią chwilę” (choć takie projekty też są i będą),
  • uwzględniać w projektach „zapasy czasu” na różnych etapach pracy,
  • gdy zdarzy się „obsuwa”- nie skupiać się na szukaniu winnych i karceniu, tylko pomyśleć, czy to faktycznie sytuacja kryzysowa czy można to jakoś „przeboleć”. Niektóre terminy są najważniejsze na świecie, ale głównie dla nas – okazuje się, że nie mają aż tak dużego wpływu na całość procesu, jaki im przypisujemy.

Dlaczego o tym wspominam?
Patrzę na deadline jako element w określonym łańcuchu przyczynowo-skutkowym. Stres wynikający z terminu wpływa na to, jak się czujemy i zachowujemy. Po pracy potrafi skutecznie zburzyć nasz spokój i przełożyć się na samopoczucie bliskich osób.

Dlatego uważam, że w naszym własnym interesie jest takie planowanie terminów i pracy, aby działać na korzyść zdrowia i relacji jak największej liczby osób.

Facebook Comments

Czym jest wpis bez komentarzy? Podziel się swoją refleksją na ten lub podobny temat. Dziękuję!